poniedziałek, 12 marca 2018
Grypa dopadła i mnie
niedziela, 23 października 2016
Choroba, szpital... próba dla związku?
Grypa żołądkowa- wyczerpująca, wykańczająca, osłabiająca. Noc pełna niespodzianek, tylko nie snu! Szósta rano, ostatni raz w WC, niemoc, ale ogromna potrzeba snu. Chwila, moment, zimno-gorąco, zimne poty, zawrót głowy, upadam, co się dzieje? Budzę się, leżę, w ręce telefon. Głowa boli- uderzyłam w ścianę. Zimno! Cholernie zimno, ale nie mam siły wstać. Ostatkiem sił wybieram numer do Niego- śpiącego na piętrze- "Przyjdź do łazienki, pomóż mi". Za moment podnosi mnie, ale nogi nie działają. W końcu udaje mu się mnie przetransportować na kanapę, temperatura 35,4 st.C. Czuję się okropnie. Leżę dalej przykryta kocem. Zasypiam. Budzę się i dzwonię do przychodni. Lekarz nawet mnie nie bada. Mam to przeczekać. Zwolnienie z pracy na cały tydzień. Głowa boli od uderzenia, w razie czego mam jechać na SOR. Nie mam sił. W domu leżę, bez sił. Wszyscy się martwią. Głowa cały czas boli. Następny dzień głowa nadal boli. Wieczór - jadę na SOR. Odsyłają na pomoc świąteczną. Tam prawie 3 godziny czekania, skierowanie na oddział neurologiczny, dostaję zastrzyk z ketonalu. Kolejne 2 godziny czekania na izbie przyjęć. Przyszła łaskawie pani doktor i odesłała do domu, ze skierowaniem na przyjęcie na oddział za kilka dni. Paranoja. Ledwo żywa i odesłana do domu. Ale niestety nie ma się co kłócić!
Dzieci do babci. A ja do szpitala. Kolejne 2,5 godziny czekania na izbie przyjęć. Zdenerwowanie sięgnęło zenitu. Wreszcie przyszedł lekarz. Pół godziny rozmowy, wypisywania formularzy i na oddział. Smutno mi. Obce osoby, choroba wokoło. Szpital to nic fajnego. Badania. Prześwietlenia.
Ale, żeby tego było mało córka trafia na pomoc doraźną z wysoką gorączką. Skierowanie na oddział pediatryczny. Jestem z nią i mężem. Idziemy na oddział. Ordynator zauważa mój wenflon. Zwraca mi uwagę, że nie powinno mnie być na innym oddziale. Ale jak ja mam nie być przy dziecku? Małej zakładają "motylka", dostaje kroplówkę, śpi wymęczona. Mąż przywiózł rzeczy, piżamki i ulubione zabawki małej. Będzie z nią w szpitalu. Mam wspaniałego męża. Przekonuję się o tym kolejny raz. Trzy dni mała w szpitalu, tata razem z nią. Ja dochodząca z 3-go piętra.
U mnie bez zmian. Ketonal dożylnie, badania. Tomograf, EEG, EKG. W końcu rezonans. Półtora tygodnia leżenia, fajni ludzie, nowe znajomości. A mąż mimo, że zajęty pracą, to i do dzieci codziennie zaglądał, do mnie przyjeżdżał.
Wyszłam ze szpitala, zwolnienie na 2 tygodnie po szpitalu. Mogłam odetchnąć z ulgą, już po wszystkim, chyba będzie dobrze. Ale jedno nie daje mi spokoju- co to było? Co mi się stało? Panika, płacz przechodzący w szloch. Bezdech. Nerwy dają o sobie znać. Nie mogę oddychać. Błagam męża o pomoc. On przerażony przytula, masuje, otwiera okno, przynosi wodę. Jest ze mną. 2 w nocy, a On przy mnie, opiekuje się, ja ryczę! Uświadamiam sobie, że mogę to wszystko stracić, że może być coś nie tak, że w rezonansie coś wyszło i będę musiała zostawić moich bliskich, których tak bardzo kocham.
Odbieram wypis ze szpitala, to torbiel. Czytam w internecie- to nic groźnego, ale pod stałą opieką muszę być i uważać na głowę. Ulga. Odetchnęłam.
Kolejny raz dostałam szkołę życia. Kolejny raz uświadomiłam sobie jak wielka jest nasza miłość. Jak to dobrze mieć przy sobie bratnią duszę, kogoś kto od 20 lat jest przy mnie i kocha jak nikt inny. Będziemy razem do końca... do końca...
KOCHAM :)
sobota, 20 lutego 2016
"Chemia" Bartka Prokopowicza
Wczorajszy dzień to walka ze strasznym wirusem, który przyplątał się do naszego domu. Gdyby to dotyczyło mnie to nie ma tematu, ale kiedy moja mała Pola leży chora, wymiotuje z każdym łykiem herbatki, z każdą zjedzoną chrupką. Kiedy taki mały brzdąc całą nic wymiotuje, cały dzień nic nie je, człowiek siedzi i modli się o to, żeby jak najwcześniej to się skończyło. Cały dzień siedziałam przy niej, uważałam czy je, czy pije, podstawiałam miskę kiedy trzeba było, strasznie mi jej żal. Starszy siedział do góry, grał w gry, ale cały czas boję się, że za chwilę on też będzie chory i wszystko wskazuje na to, że tak niestety będzie. Siedziałam tak wczoraj, oglądając bajki, które widziałam już milion razy, ale jeśli dziecko ma być szczęśliwe, to mogę je oglądać w kółko. Kiedy mała zasnęła, wymęczona, przypomniałam sobie, że kupiłam ostatnio gazetę "Elle" i to nie dlatego, że bardzo lubię być fashion czy oglądać miliony reklam w gazetach, nie! Do gazety dołączony był film "Chemia" Bartka Prokopowicza, który bardzo chciałam obejrzeć. Czekałam na ten film, tak jak za "Joanną". Obie dziewczyny - Magda Prokopowicz i Joanna Sałyga, były niesamowite, dzielne, walczące, głodne życia. Każda z nich mądra, niesamowicie inteligentna, dbająca o swoje dzieci. Niestety obie zmarły na raka. Ale każda zostawiła po sobie wiele dobra. Film "Chemia" został nakręcony przez męża Magdy- Bartka Prokopowicza, jest inspirowany życiem Magdy. Film jest bardzo wzruszający, pokazujący życie w chorobie. Ukazujący rozterki, cierpienie, chęć życia, ucieczki od wszystkiego. Miłość w chorobie i opieka drugiej osoby są niezmiernie ważne, ale niestety osoba, która mierzy się z chorobą- ze śmiercią i jest tego świadoma, postępuje nierozważnie, niezrozumiale dla otoczenia. Magda walczyła z rakiem, chociaż na początku wcale tego nie chciała, była świadoma, że umrze, jak jej rodzice. Jednak Bartek sprawił, że zaczęła walczyć o siebie, a później kiedy okazało się, że jest w ciąży, również o dziecko. Film ukazuje wszystkie uczucia, wątpliwości bardzo trafnie i dosadnie. Nazywa rzeczy po imieniu. Bartek Prokopowicz wie o czym mówi bo przeżył to, był w takiej sytuacji. Historia Leny i Benka jest niezwykła. Aktorzy świetnie zagrali swoje role, są autentyczni, poruszający i przekonujący. W rolach głównych Agnieszka Żulewska, Tomasz Schuchardt, Danuta Stenka. Aktorzy musieli poradzić sobie z bardzo poważnym tematem. Film jest różnorodny, ukazuje życie codzienne z rakiem, animowane obrazy ukazujące raka, atakującego od wewnątrz Lenę, jest bardzo mocny. Nie każdemu się spodoba ta forma, jednak do mnie przemówiła. Czytałam o Magdzie jeszcze za jej życia, oglądałam jej wywiady (polecam wywiad z Monika Jaruzelską), słuchałam uważnie zarówno jej, jak i Bartka, który opowiadał o swoich odczuciach, byli szczerzy, opowiadali o tym co działo się z ich związkiem, rodziną. Choroba zawładnęła tym wszystkim, nic się nie liczyło, był rak i wszystko inne. Niestety film kończy się śmiercią Leny. Ja polecam film szczególnie osobom, które nie będą pytać o jego sens lub jakiej rozrywki nad dostarcza. Każdy, kto ma choć trochę wrażliwości w sobie zrozumie i nie będzie próbował głupio oceniać.
POLECAM GORĄCO