Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodzina. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 grudnia 2017

I tego się spodziewałam! Święta minęły błyskawicznie!

Niestety- jak to się mówi- święta, święta i po świętach. Tyle przygotowań, tyle sprzątania, gotowania i minęło nie wiadomo kiedy. Dlatego właśnie staram się świętować już wtedy, kiedy w sklepach zaczyna się świąteczne szaleństwo. Święta udane. Dzieci dostały mnóstwo prezentów, wszystkie te wymarzone. Jeszcze dzień przed Wigilią Pola i Niko napisały listy do Świętego! Na listach zostały narysowane laptop i różowa hulajnoga. Już lecę, trzymajcie mnie! :)


Wigilia rano, dzieci wstały wcześniej, pobiegły na dół, bo pod choinką prezenty! To już nasza kilkuletnia tradycja :) Stopniujemy radość dzieci :) Dzieciaki zadowolone, przybiegły do naszej sypialni, że dla nas prezenty też są :) Poszliśmy, rozpakowaliśmy, fajnie było :) Dzień wcześniej dzieci zostawiły pierniki i mleko na kominku dla Gwiazdora - wszystko było zjedzone :) Tata Błażej wieczorem miał bojowe zadanie :) Najlepsze jest to, że Niko nadal wierzy, że prezenty przynosi Gwiazdor- może się trochę domyśla, ale my twardo obstawiamy przy swoim. Zdaje nam się, że Pola Go uświadomi :)


Później były prezenty od wujków, dziadka. Pojechaliśmy do moich rodziców na Wigilię. Było nas czternastu, aż trudno się pomieścić w tym małym pokoju. Jak co roku daliśmy radę, było fajnie, rodzinnie, smacznie. A po wieczerzy prezenty, od wujka, od dziadków, od kolejnego wujka. Dzieci oszalały :) Ich zadowolenie to najlepsze, co może nas spotkać :)


Kolejny dzień to lenistwo- jedno wielkie lenistwo! I jedzenie! Góry jedzenia- rybka, kapusta z grzybami, kluski z makiem, barszczyk, popchnięte serniczkiem, makowcem i znowu rybka... i tak dalej, i tak dalej :) Ale było pyszne! :) Jedzenie z odstępami 2-godzinnymi, więc tak prawie, jak w normalnej diecie :) Oczywiście wszystko popite winkiem - mam już na jakiś czas dość, na razie na wino ochoty nie mam. Podoba mi się takie lenistwo. Kolejny dzień - drugi dzień świąt- to rocznica ślubu moich rodziców, więc tradycyjnie obiad, kawa u rodziców i świętowanie ich prawie 50-letniej wspólnej drogi. I minęło. Teraz czekamy na świętowanie Sylwestra :)


P.S. Najlepsze jest to, że waga nawet nie drgnęła :) Jest tyle ile było- oczywiście o dychę za dużo, ale to nie przez święta- ja już w sierpniu byłam gruba :) Dlatego zaczęłam dziś ćwiczenia, 30 minut na orbitreku i jedna seria ćwiczeń z Ewką :)

piątek, 22 grudnia 2017

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia :)

Chciałam Wam złożyć życzenia świąteczne :)


Przede wszystkim zdrowia, szczęścia, rodzinnej atmosfery, przebaczenia,


żeby każdy miał gdzie i z kim spędzić te Święta,


żeby każdy miał możliwość rozmowy z najbliższymi, posiedzenia wspólnie, połamania się opłatkiem,


życzę wszystkim i każdemu z osobna spędzenia tych Świąt w radosnej atmosferze


przy suto zastawionym wigilijnym stole, przy karpiu, barszczu, śledziu w śmietanie


i kluskach z makiem


a w Nowym Roku wszystkiego o czym śnicie, marzycie, czego bardzo chcecie


oby wszystko Wam się udało i rok mijał zgodnie z tym, jak go sobie wymyślicie


WESOŁYCH ŚWIĄT I SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO JORKU...YYY.... ROKU :)


Znaleziony obraz

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Pomaganie jest fajne :)

Lubię pomagać, wiecie o tym.

W tym roku, jak zwykle wysłałam mały upominek Wiki. Kupiłam Emmę, jednego z TVN-owskich misiów (w sumie Pola chciała na Mikołaja, ja chciałam dorzucić troszkę na potrzebujących- dwie korzyści). Niestety nie zdążyłam dorzucić się do Szlachetnej Paczki, do której co roku coś dorzucam.


W tym roku jednak miałam możliwość pomocy konkretnemu dziecku z domu dziecka. W pracy koleżanka zorganizowała pomoc dla jednego z poznańskich domów dziecka. Każdy, kto miał ochotę pomóc mógł wybrać dziecko i zrobić mu prezent, o którym dziecko marzy. Dla mnie to było bardzo wzruszające. Wybrałam Oliwkę 8 lat, której marzeniem była lalka z "Krainy Lodu". Temat mi bliski. Pola uwielbia "Krainę Lodu" i ma już prawie wszystko z motywem tej bajki. Pomyślałam, że fajnie będzie zrobić dziecku prezent, który sprawi, że w tym smutnym życiu spotka ją coś, co zapamięta miło. Wiedziałam od razu, że prezent dla Oliwki to nie będzie tylko lalka. Chciałam, żeby dostała coś więcej.


Muszę powiedzieć, że zrobiło się naprawdę miło, kiedy okazało się, że wszystkie karteczki z imionami dzieci zostały zabrane. To oznaczało, że wszystkie dzieci otrzymają wymarzone prezenty :) Przełożeni zaproponowali, żebyśmy podzielili się zespołami i w kilka osób zrzucili się na prezent dla danego dziecka. To był strzał w dychę! Nasza Oliwka dostała oprócz ukochanej Elsy w grającej sukni, kredki, słodycze, pamiętnik, ozdoby, gumki do włosów, plecak do szkoły, piórnik z wyposażeniem, ubrania, a wszystko to zapakowane w pojemnik i zawiązane kokardą. Chciałabym bardzo widzieć minę Oliwki, chciałabym wiedzieć Jej reakcję. Ryczę na samą myśl, jak będzie się cieszyć. Nie dociera do mnie, że są dzieci, które nie mają domu, których rodzice ich nie chcą. Jakim trzeba być człowiekiem? Czy to jeszcze ludzie?


Wyobrażacie sobie, jak wygląda Wigilia w domu dziecka? Potraficie ogarnąć umysłem co czują dzieci tam przebywające? Jakie mają marzenia? Oliwia chciała lalkę z "Krainy lodu", 3-letnia dziewczynka chciała bransoletkę, kolejna chciała dres, chłopiec chciał puzzle!


Pola widząc to wszystko, co Oliwia miała dostać była zachwycona, oczka dosłownie Jej się świeciły, oglądała wszystko, jakby niczego nie miała. Wytłumaczyłam Jej co to za dziewczynka, że nie ma domu, nie ma rodziców. Powiedziałam Jej, że Oliwia nie ma nikogo, kto mógłby Jej zrobić prezent. Mała ma niespełna pięć lat, a zrozumiała to od razu. Nie musiałam Jej niczego powtarzać, nie było krzyków, ryków, tylko zrozumienie. Opowiadała wszystkim dla kogo to zabawki, uczestniczyła w pakowaniu. Niko nie, ale pytał o co chodzi, też chciał wiedzieć i musiałam mu opowiedzieć o domu dziecka. Mam nadzieję, że moje dzieci zapamiętają te lekcje, że będą wspominać jak wspólnie pomagaliśmy innym ludziom i sami będą pełni empatii.

niedziela, 3 grudnia 2017

Rozwody...separacje...rozstania...smutna rzeczywistość

Nie nadaję się do aktualnego świata! Jestem przekonana, że powinnam żyć w innych czasach- w czasach romantyzmu. Nastał taki okres, że ludzie masowo się zdradzają, rozstają, żyją jak chcą. Każdy myśli o sobie, każdy chce zająć się sobą, patrzeć na siebie. W dzisiejszym świecie nie zwraca się już takiej uwagi na drugiego człowieka, na partnera, na męża. Co się liczy? JA! Muszę mieć czas dla siebie, żeby się zrelaksować, żeby pobyć ze sobą. A gdzie miejsce dla rodziny, dla tej drugiej połowy? Spełniamy swoje marzenia, realizujemy swoje plany. Jak to jest? Co się stało z tym światem?


Wszędzie pełno tragedii, jak nie zabójstwa, samobójstwa, to gwałciciele, pedofile, ludzie znęcający się nad dziećmi, żonami, mężami, zwierzętami. Ja się wypisuję z takiego świata. Ja się boję!


Nie powiem- chcę realizować swoje marzenia, mam do zrealizowania swoje plany, ale... no właśnie jest takie małe "ale"- to moja rodzina. Nie, nie ograniczają mnie w żadnym stopniu. To nie tak, że mam rodzinę, która zakazuje mi pewnych rzeczy. Ja sama wiem, że mogę marzyć o mieszkaniu w innym miejscu, innym kraju, ale są pewne sprawy, które trzymają mnie tutaj. Gdybym chciała pracować gdzie indziej musiałabym rozstać się z moją rodziną, a tego bym bardzo nie chciała. Mogę wyjeżdżać, żeby na przykład zobaczyć Nowy Jork, ale najlepiej gdyby moi bliscy byli ze mną- pokazałabym im o co chodzi. (Oczywiście w planach jest rodzinny wyjazd na wakacje do NY :) Myślę o tym, że możemy robić coś razem, że możemy przeżywać piękne chwile wspólnie- razem- całą rodziną.


Kiedyś usłyszałam, że po tylu z moim mężem jesteśmy jak brat z siostrą! Co za bzdura! Jesteśmy razem od 20 lat, znamy się bardzo dobrze, znamy swoje myśli, reagujemy podobnie na pewne rzeczy. Śmiejemy się z tych samych żartów. Jest nam bardzo dobrze razem. Mało tego- jest coraz lepiej! Wiem, że wielu nasze szczęście kłuje w oczy, ale to nie mój problem. Wiem, że wielu myśli, On ma przerąbane, tyle czasu z jedną "babą", a nam tak dobrze. Jestem przekonana, że Jemu jest z tym dobrze, a to dlatego, że nie zaniedbałam się po ślubie, po urodzeniu dzieci. Staram się cały czas wyglądać coraz lepiej, robić wszystko, żeby w domu było miło, żeby nasze życie było kolorowe. I to się póki co udaje. Staram się "ogarniać" jak najwięcej rzeczy, bo wiem, że mąż ma dużo na głowie i nie byłby w stanie zapamiętać wszystkiego. Kto gotuje w domu, kto zajmuje się dziećmi, kto sprząta, kto odrabia lekcje z synem, kto przygotowuje potrzebne rzeczy do szkoły i przedszkola, kto chodzi na zebrania, kto płaci rachunki? Ja. Mimo, że chodzę do pracy, to wiem, że jestem w stanie zrobić to lepiej, oczywiście swoim zwyczajem mam wszystko zapisane. Wiem co, kiedy i gdzie.


Wiele osób dziwi się, jak można tak wytrzymać. Jak można mieć taki banalny podział, kobieta -dom, dzieci, gary, mężczyzna- praca i wszystko co wokół domu. Dla mnie to normalne. Nie ma u nas kłótni, nie ma zbędnych rozmów. Nie ma fochów. Za to są rozmowy, jeśli jest problem mówimy sobie wprost o co chodzi. Szkoda czasu na ciche dni i bezsensowne "domyśl się".


Nie wiem czy znalazłam receptę na udane małżeństwo i szczęśliwe życie. Wiem jedno- my jesteśmy szczęśliwi. Mam nadzieję, że tak będzie już zawsze.

niedziela, 19 listopada 2017

Diana- księżna ludzkich serc

Co można robić w taki wieczór? Dzieci, mąż już śpią a ja z lampką wina oglądam jakieś pierdoły w TV. Trafiam na program poświęcony księżnej Dianie. Wywiad rzeka. Sama Diana opowiada w tym programie o swoim życiu. Mówi dużo. O życiu, rodzinie, mężu-tym brzydalu księciu Karolu, o dzieciach, o bulimii, z którą zmagała się aż do tragicznej śmierci. Opowiada o romansie męża z Kamilą, o tym jak odważyła się z nią o tym porozmawiać. Bardzo dużo bólu w tej rozmowie. To straszne.


Każdy z nas patrzył na to z boku, każdy podziwiał, zazdrościł i myślał- życie w królestwie musi być strasznie fajne, ekscytujące, pełne wspaniałych podróży, spotkań z ciekawymi ludźmi. Z tego, co mówiła Diana jej życie było pełne bólu, rozterek, rozmyślań, płaczu. My widzieliśmy tylko i wyłącznie splendor, bogactwo, uśmiech przyklejony do twarzy Diany i Karola. Później okazało się, że to nie było szczere, że to praktycznie była fikcja.


Ile jest takich historii??? Pewnie całe mnóstwo. Jednak przy tej kolejny raz popłakałam się jak dziecko. Kiedy zobaczyłam mnóstwo kwiatów pod pałacem po Jej śmierci, kiedy kolejny raz pokazali Jej pogrzeb i dzieci idące za trumną ukochanej mamy. Przy trumnie koperta z napisem "Mummy". Nawet nie próbuję sobie wyobrazić co musiał czuć Wiliam czy Harry. Potrafili się zachować nawet w takiej sytuacji- książęce dzieci- tak wychowane! A co było w ich sercach?


Diana była cudowną, szczerą, piękną osobą. Taką ją zapamiętam na zawsze.

Święta, Święta .... już niedługo :)

Cieszy mnie ten właśnie okres, ten czas, kiedy jeszcze nie grudzień a już są reklamy, wszędzie oznaki zbliżających się świąt. Lubię to.


Święta mamy tylko kilka dni. W tym roku niefortunnie wypadają w weekend! Dlatego mnie cieszy ten czas przed świętami, kiedy wszędzie możemy oglądać padający śnieg, prezenty, rodzinną atmosferę. Uwielbiam właśnie te święta. Lubię piec pierniki, ubierać choinkę, robić z dziećmi ozdoby choinkowe. Kiedy ma się dzieci te wszystkie rzeczy, przygotowania nabierają innego wymiaru, mają inną moc.


W tym roku troszkę wcześniej, ale nie ma na co czekać- prezenty już są :) na niektóre jeszcze czekam. Dla dzieci, dla męża. To są te osoby, najważniejsze, którym chcę zrobić przyjemność. Jak co roku, w wigilijny poranek dzieciaki obudzą się wcześniej, zejdą na dół, pod choinką będą czekały prezenty od Gwiazdora :) Przybiegną do naszej sypialni, obudzą nas krzykiem, że są prezenty, że Gwiazdor już był. Uwielbiam to. I to rozpakowywanie. I ten zachwyt :) Uwielbiam tą dziecięcą radość, taką szczerą :) Co roku staram się też pakować prezenty w papier, nie w torby, bo rozrywanie papieru jest niesamowite, widzę w tych małych dziecięcych oczkach tą ciekawość, co tam może być :) I to "Mamo zobacz, to jest to o czym marzyłem/marzyłam" :) No ale Gwiazdor wszystko wie, bo ma kamery w lampach i cały rok obserwuje czy są grzeczni :) Ech...


Święta tuż tuż... Kewin...śnieg...reklamy...dzwoneczki...saneczki...Mikołajki... i George Michael - jeszcze nie słyszałam! Nie może być!


A Wy??? Macie już prezenty? Jest już późno, więc radzę już zamawiać, kupować, bo później będzie już tylko gorzej :)


Znalezione obrazy dla zapytania święta bożego narodzenia 2017

piątek, 6 października 2017

"ANIA" wzruszająca książka o Ani Przybylskiej

Bardzo lubiłam tą aktorkę. Była troszkę starsza ode mnie. Piękna, utalentowana, cudowna aktorka, wspaniała mama. Coś o Jej życiu wiedziałam, jakieś fakty kojarzyłam- w końcu to osoba publiczna. Wiadomość o Jej śmierci bardzo mnie wzruszyła i ogromnie zdołowała. Pomyślałam jako matka, że zostawiła swoje dzieci, że teraz one będą bardzo tęsknić. Nie wyobrażałam sobie co muszą czuć. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie co Ania musiała czuć odchodząc. Jak bardzo musiało boleć Ją to, że zostawia takie maluszki. To dla mnie niewyobrażalne. Czy da się zrobić instrukcję w razie śmierci? Oczywiście, że się da. Czy da się na to przygotować? Nie. Nie da się na to przygotować. Nikt nigdy nie jest gotowy na śmierć. Nie wyobrażam sobie co przeżyłyby moje dzieci. Kto by je przytulił? Kto by usiadł z nimi do lekcji? Kto wyprasował ubrania? Kto zrobił ich ulubioną pizzę? Kto pocałował bolące miejsca??? Jest we mnie taki strach, jak sobie poradzą, jeśli by mi się coś stało.


Słyszałam o książce "Ania", ale jakoś parcia do kupienia nie miałam. Widziałam w internecie akcję promocyjną. Czytałam fragmenty przytaczane przez różnych ludzi. Wchodząc ostatnio do księgarni, w której miałam zrobić ksero, rzuciła mi się w oczy ta książka. Uśmiech Ani bił po oczach już od wejścia. Nie zastanawiałam się, kupiłam i pojechałam do domu. Przeczytałam jednym tchem. Książka o życiu Ani. O Jej życiu zawodowym i prywatnym. Opowieść o pięknej dziewczynie, cholernie zdolnej, bardzo fajnej, normalnej. Ania była osobą, która potrafiła porozmawiać z wielkim reżyserem i sprzątaczką. Lubiącą sprośne żarty. Umiejącą zjednać sobie ludzi. Była bardzo dobrą osobą, niezwykle utalentowaną, uśmiechem i tymi wielkimi oczami rozbrajającą. Książka pokazuje jak wyglądało Jej całe życie- od dzieciństwa po kres życia i śmierć.


Ania to bardzo żywiołowa osoba, trzpiotka. Od dzieciństwa wiedząca co chce w życiu robić i dążąca do spełnienia swojego marzenia. Trafiała w życiu na różnych ludzi. Była w nieudanych związkach, które mogły zniszczyć Jej marzenia, ale na szczęście w porę wychodziła z tych toksycznych relacji. Śmierć Jej ukochanego taty był dla Niej ciosem. Marzyła o dużej rodzinie, o wspaniałym mężczyźnie i czwórce dzieci. Los nie był dla Niej łaskawy, dwójkę dzieci straciła. Nie wyobrażam sobie co musiała czuć. Stworzyła wspaniałą rodzinę. Potrafiła zrezygnować z siebie dla swoich najbliższych. Potrafiła przedłożyć dobro rodziny, dzieci, swojego partnera nad swoje ambicje. Fantastyczna osoba. Zastanawiam się i sama nie wiem czy potrafiłabym tak, jak Ona. Czy umiałabym się poświęcić dla rodziny? Zrezygnować z marzeń i planów? Kocham ich, ale póki nie byłam w takiej sytuacji nie wiem co bym zrobiła. Ania potrafiła. Jaką trzeba być osobą, jak bardzo kochać.


Umarła 3 lata temu. Opowieść mamy Ani o Jej ostatnich chwilach jest bardzo wzruszająca. O dwóch łzach spływających po Ani policzkach, kiedy wydała ostatnie tchnienie. Ryczałam! Po prostu rozbeczałam się jak dziecko. To niemożliwe, żeby tak wspaniała osoba odeszła. Jej cząstkę mamy w filmach i wielka szkoda, że już nigdy żaden nowy film z Anią się nie ukaże.


Myślę sobie, że gdybym spotkała Ją na swojej drodze albo byłybyśmy przyjaciółkami na zabój, albo nienawidziłybyśmy się na śmierć i życie. Dostrzegam w Ani wiele podobnych cech, zachowań. Chyba jednak byśmy się dogadały.


Czytałam wiele komentarzy w internecie o tym, że po co rozdrapywać Ani śmierć. Ktoś pytał po co książka, po co film? Dlaczego? Co tej mamie przyszło do głowy, żeby opowiadać o śmierci Ani? A ja pytam a dlaczego nie? Dlaczego nie wspominać cudownej, ciepłej osoby. Dlaczego nie mówić o kimś, kto był normalny, mimo tego, że był sławny i lubiany. Ania powinna być wzorem do naśladowania. Ludzie są straszni, myślą, że  w internecie mogą wszystko. W dzisiejszych czasach mało jest empatycznych, fajnych ludzi, którzy powiedzą- cholera, rzeczywiście umarła świetna osoba, bardzo szkoda. Zamiast tego wylewają żale i komentują nie mając tak naprawdę nic mądrego do powiedzenia.


Ach... znak naszych czasów!


Ja jednak książkę polecam i twierdzę, że warto przeczytać. Można się pośmiać, zadumać i popłakać. Można też wziąć przykład z wielu postaw życiowych Ani.


Ania. Biografia Anny Przybylskiej

czwartek, 14 września 2017

Szybka zmiana decyzji!

Tylko ja mogę tak szybko zmienić decyzję. Tylko ja mogę tak szybko podjąć i zrealizować swoje postanowienia! Ostatnio porozmawiałam z Nikodemem o Jego szkole, klasie, kolegach, o tym jak mu tam jest. Jego odpowiedzi były niepokojące. Ten się śmieje, że nie ma zęba, ten siedzi z innym kolegą (a Niko tamtego bronił, bo nazywali go grubym, świnią itd). To dało mi bardzo do myślenia. Do tego wychowawczyni, co najmniej dziwna! Brak perspektyw w szkole, żadnych ciekawych dodatkowych zajęć, żadnych innowacji. No trochę ta szkoła mnie nudzi i rozczarowuje. Do tego rodzice- relacje coraz gorsze. Każdy ma wszystko gdzieś, nikt nie ma ochoty się w nic angażować. Każdy patrzy na innych. Wczoraj dostałam jeszcze jeden bodziec (no może dwa) do tego, żeby podjąć najlepszą z możliwych decyzji.


Dziś od 9.00 rano już dzwoniłam i działałam. Okazało się, że nie byłam jedyna z tej klasy :) Kilka minut rozmowy z Panią Dyrektor z nowej szkoły i decyzja podjęta. Mąż musiał wszystko załatwić, wszędzie jechać a ja dyrygowałam z bazy :) Oczywiście byłam w pracy! :) Tu pojechał, złożył podanie/wniosek o przyjęcie, tam pojechał złożył podanie o przeniesienie, musiał przejść rozmowę z Panią Dyrektor! A dlaczego, skąd ta decyzja, czemu tak, a czemu nie.... i już. Od poniedziałku mój syn będzie chodził do szkoły, w której uczyli się Jego rodzice :) Będziemy chodzić po korytarzach naszej młodości :) Nie mogę się już doczekać jutrzejszego zebrania dla rodziców :) Niko zachwycony, będzie w klasie z Bartkiem (kolegą z poprzedniej szkoły i przedszkola) i z Aleksem, będzie miał dodatkowe zajęcia z informatyki i programowanie Minecraft'a. Jest przeszczęśliwy, a jeśli On to i ja :) Bardzo się cieszę, że wszystko się udało i mam nadzieję, że dalej też będzie tak radosny. No i będzie miał od babci 5 minut do szkoły :)


Jutro do szkoły zdać podręczniki, pożegnać się z klasą, poczęstować cukierkami z okazji imienin i od poniedziałku nowa klasa, i nowa przygoda :)


Najlepsze jest to, że mimo, że wiedział, że idzie do nowej szkoły to odrobił lekcje!!! Kochany chłopak :) Jestem dumna z mojego wspaniałego syna i wiem, że sobie poradzi :)

czwartek, 7 września 2017

1 września Rozpoczęcie Roku Szkolnego 2017/2018

Trudno uwierzyć, że ten mały człowiek, którego wydawałoby się, nie tak dawno temu urodziłam, idzie do czwartej klasy szkoły podstawowej! To kolejny etap w naszym życiu, niezwykle ważny. Przejście na wyższy level :) Czwarta klasa to nie przelewki. Więcej nauczycieli, przedmiotów, większe wymagania. Będzie z pewnością więcej nauki. Boję się tego, podobnie jak Niko, ale myślę, że damy radę. Nikodem to bardzo mądry chłopiec, dobrze się uczy i jest aktywny na zajęciach. Jest też trochę gadułą, wiercipiętą i jest bardzo podatny na sugestie kolegów. Sam też zaczepia. Mam nadzieję, że z różnymi ekscesami się trochę wstrzyma i da się poznać nowym nauczycielom raczej z dobrej strony.


Wychowawczyni nie zrobiła niestety dobrego pierwszego wrażenia, ale damy jej szansę. Niko jest zadowolony i z Pani i ze sławnego Pana od historii, którym wszyscy straszą dzieci. Zobaczymy. Ciekawe jak to będzie. Cieszę się, że Niko będzie tym rocznikiem, który ma 8-letnią podstawówkę. Jakoś nie mogłam się do tych gimnazjów przyzwyczaić. Wiem, że Niko jest leń i trzeba Go trochę gonić do nauki, ale dam radę. Niestety z babcią nie chce odrabiać lekcji, więc wszystko spada na mnie i odrabiamy lekcje dopiero po 18.00 w domu! W poniedziałki i środy treningi na 17:30 do 19:00 i potem lekcje- nie wyobrażam sobie tego, tym bardziej, że z treningów wraca wykończony.


Dopilnuję jednak, żeby wszystko było dobrze, żeby uczył się pilnie i był zawsze przygotowany do lekcji. Fajnie, bo i ja sobie dużo rzeczy przypomnę :)


Zaczynamy ciężką przeprawę :)

niedziela, 20 sierpnia 2017

Regaty o puchar Kłoskowa 2017 :)

Sobota, 19.08.2017r.  godz.14:00


To mój pierwszy raz. Zawsze bałam się pływać, bo mam chorobę morską. Przed startem obawiałam się, że mogę nie podołać. Ale w Nowym Jorku płynęłam promem, to może i tym razem dam radę? Usiądę na zewnątrz, bo w środku głowa może zwariować. Kolejny raz przekonałam się, że to chyba jakieś moje fanaberie! Wsiadłam na łódź i o dziwo nic mi nie było! Głowa nie wariowała, nie kręciło mi się, nie było niedobrze! Nawet winko sobie popijałam i nic mi nie było. Może już mi minęło? Powiem szczerze, bardzo mi się spodobało. Stwierdzam, że to może się podobać. Było niesamowicie. Płynęliśmy 2 godziny. Oczywiście była rywalizacja, ale taka zdrowa. Nie mieliśmy parcia. Te regaty organizowane są przez prywatną osobę- Pana Kłosa (stąd nazwa "Regaty o Puchar Kłoskowa"). I meta jest właśnie u tego Pana. Zacumowaliśmy przy pomoście i poszliśmy zobaczyć cudowną posiadłość. Już z wody widać było piękną roślinność, świetnie utrzymany ogród. Przeszliśmy ogród dookoła. Różnorodne rośliny, drzewa, przepięknie utrzymana trawa- dosłownie dywany. Gdzieś wśród roślinności ukryte jacuzzi, sauna, winiarnia, ogromny staw z plażą i placem zabaw dla dzieci (żałuję, że dzieciaki nie popłynęły z nami). Świetna impreza przy ognisku, z szantami (choć nie lubię, to jakoś nie przeszkadzał mi śpiew Komandora). Oprócz kiełbaski, można było napić się różnego rodzaju alkoholi i soków. Było świetnie. Już dawno nie byłam na tak dobrej imprezie. Wypływaliśmy o 22:00, więc już było ciemno, do tego braliśmy dwie łodzie na hol. Niesamowite uczucie. Po drodze okazało się, że jeszcze jedna łódź stoi na jeziorze i potrzebuje holu, więc odprowadziliśmy łodzie, które mieliśmy na holu do przystani i popłynęliśmy po tamtą. Było świetnie :) Myślę, że będę częściej bywalczynią na łodzi, a może zacznę brać udział w regatach? :)


Się zobaczy :) Miłego dnia :)

wtorek, 15 sierpnia 2017

Wakacje :)

Po moim powrocie z Nowego Jorku pierwsze co powiedział mój mąż to... "koniec wakacji, nie mamy pieniędzy!" Nie wiedział jeszcze, że ja już miałam w głowie kilka pomysłów. Na pomoc przyszedł mi jak zwykle internet. Dostałam kilka maili z travelist z atrakcyjnymi ofertami w różnych miejscach Polski. Popatrzyłam, pomyślałam, zrobiłam biznes plan :) policzyłam i wyszło mi, że jestem w stanie coś tam uzbierać. Nie wierzę już w teksty "nie mamy pieniędzy". To znaczy, jak się o tym nie myśli i nie ma się planu to oczywiście można by tak powiedzieć. Nie po to zaczęłam dodatkowo zajmować się szkoleniami w pracy, brać dodatkowe rzeczy, żeby teraz mówić, że nie mam pieniędzy.


Obejrzałam oferty. Morze- nie bardzo, mąż nie chce. Góry- hmmm... Szklarska, Karpacz - powiało nudą, a ceny trochę za wysokie. I nagle jest! Oferta dla rodzinki z Białce Tatrzańskiej za 1945zł, z wyżywieniem! Zadowolona dzwonię do męża, po drugiej stronie kabla cisza. Nie jest zadowolony. Wytłumaczyłam mu jednak, że dzieci nie były na wakacjach, Jemu też przyda się wypoczynek, bo cały rok pracuje i musi mieć choć chwilę odpoczynku. Po dokładnym zapoznaniu z ofertą okazało się, że to jednak nie to. W zamian znalazłam nową ofertę w Białce za 1500zł z wyżywieniem :) 100 metrów od Term Bania. To jest to! Zarezerwowane, wpłacona zaliczka i można się pakować :) Później na booking.com znalazłam też hotel na jedną noc w Krakowie, bo tam jeszcze nie byliśmy, a szkoda byłoby być tak blisko i nie skorzystać. Pozwiedzamy i wrócimy do domku wypoczęci ;)


Już się nie mogę doczekać :)

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Nowy Jork dzień III :)

Piątek 9.06.2017r.

Zmęczone po wczorajszych wojażach na Brooklynie wstałyśmy nieco później :) Nie chce się wstawać - zmęczenie jest ogromne. Nie mówię o jakiś niedogodnościach, które są związane ze zmianą czasu, bo na to nie miałyśmy nawet czasu. Ale w końcu przyjechałyśmy tu tylko na tydzień, więc mamy tylko kilka dni na zobaczenie wszystkiego, co dla nas zaplanowałam- a trochę tego jest :)


W ten dzień zaplanowałam Muzeum Historii Naturalnej- uwielbiam "Noc w muzeum"! I ja tam? Ależ byłam podekscytowana! Muzeum zlokalizowane naprzeciw Central Parku, dość daleko od naszego miejsca zamieszkania, ale w końcu mamy metro i jesteśmy już takie "obyte". Przepiękny, stary, ogromny budynek. Na wejściu szkielety dinozaurów. Pełno ludzi. Mimo, że miałyśmy karnety City Pass to musiałyśmy stać w kolejce, ale to nic. Mogłyśmy wybrać sobie seans w kinie w Muzeum. Poza tym mogłyśmy się rozejrzeć, zobaczyć jak w środku jest pięknie. Zwiedzanie zajęło nam kilka godzin, aż nas nogi rozbolały. Trochę się różni od tego, co było w filmie- nie było tego gościa na koniu, co go grał Robin Williams! :) Kilku innych rzeczy też nie było! Ale za to.... byłam w MUZEUM HISTORII NATURALNEJ W NOWYM JORKU!!!! Mojego szczęścia nie było końca. Narobiłam tyle zdjęć, że samo oglądanie mnie znudzi i na samą myśl o tym muzeum będzie mnie mdlić! :)


Po wyjściu z Muzeum poszłyśmy sobie kupić Smoothie, drogie bo aż 7$, ale za to przepyszne, robione na miejscu przy mnie, z owoców przeze mnie wybranych. Poszłyśmy spacerkiem do Central Parku. Piękny, fantastyczny Central Park. Dający schronienie wiewiórkom, ludziom chcącym wypocząć, pojeździć na rolkach, rowerze, pograć w różne gry zespołowe, porozmawiać ze znajomymi, albo po prostu dający odpoczynek każdemu kto chce chwili z dala od zgiełku ulicy, wieżowców, klaksonów. Wspaniały park, najpiękniejszy jaki widziałam. Ogromny! Szłyśmy i szłyśmy, i nie było końca. Mniej więcej orientowałam się gdzie możemy być, ale wszędzie są dróżki, kręte, skręcające to w jedną to w drugą stronę. Co chwilę piękne mosty, mosteczki, stawy- mniejsze, większe, pełno ludzi w łódkach. Zza drzew wystające budynki, a w parku cisza, tylko co jakiś czas grający ludzie- to na skrzypcach, na saksofonie, trąbkach, gitarach. Cudownie :) Aż się chciało cieszyć i uśmiechać do wszystkich. Najpiękniejsze widoki. Próbowałyśmy trafić do ZOO, ale niestety nie udało nam się- trochę kiepskie oznakowanie w parku (praktycznie drogowskazów nie było), a mapy ZOO w kilku miejscach. Miałam jeszcze kilka miejsc zaplanowanych, więc poszłyśmy dalej. Szybka sesja zdjęciowa przez hotelem Plaza (tam, gdzie Kevin był sam w Nowym Jorku ) :)


Kolejnym miejscem był taras widokowy Top Of the Rock w Rockefeller Center. Chciałam zobaczyć Central Park z góry. Na wejściu zwisające z sufitu kamienie Swarovskiego, w słońcu pięknie się mieniły- zrobiłam piękne zdjęcie na ich tle. Z tarasu Top of the Rock jest najlepszy widok. Rzeczywiście chodziłam jak zaczarowana. Musowo zrobione zdjęcia na tle Central Parku. Pochodziłam dookoła i zrobiłam zdjęcie Empire State Building, WTOne, całej okolicy i poszłyśmy dalej zwiedzać. Szłyśmy Piątą Aleją, podziwiałyśmy piękne sklepy, obowiązkowo zajrzałyśmy do salonu Victoria's Secret. Ogromny sklep, 3 piętra. Na wejściu stoi pan, który wpuszcza klientów. W środku przepiękne zdobienia, wszędzie zdjęcia modelek z wybiegów, stroje wybiegowe, bielizna. Obłędny zapach. Oczywiście kupiłam jeden z zapachów- pachnie nieziemsko. Na każdym piętrze bielizna, perfumy, a na ostatnim pomieszczenie ze strojami z wybiegów, zrobione stanowisko na wzór tego, przy którym projektanci wymyślają stroje, dobierają materiały. Próbki materiałów przy każdym modelu, zdjęcie wybiegowe modelki- magia. Zabrałyśmy po jednym plakacie- nie wiedząc co dokładnie znajduje się w środku (mąż cieszy się ze zdjęcia 70cm x 100cm modelki w bieliźnie wiszącego w sypialni). Samej mi się podoba i to był mój pomysł.


Po drodze kilka zdjęć na tle wymyślnych fontann w różnych kształtach. I tradycyjnie ostatnie miejsce na chwilę odpoczynku, zjedzenie pysznego fast food'u (zestaw z Maka na Times Square). Od tego śmieciowego jedzenia tak spuchłam, że już mi chyba nic nie pomoże. Nawet tabletki na żołądek nie pomagają. Jeszcze tylko zdjęcie zachodzącego słońca między budynkami, do metra i do domu.


Jeszcze tylko zakupy na 14 ulicy- chleb, woda, wędlina, sałatki- i do domu. Kąpiel, telefon do bazy w Polsce i spać. Jutro kolejny, wyczerpujący dzień.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Nowy Jork dzień II :)

Ciężko mi idzie to pisanie! Emocje już trochę opadły, chociaż często wracam myślami do Piątej Alei, do Times Square, do Central Parku. To naprawdę piękne miejsca, niespotykane nigdzie indziej i mające swój urok.


Czwartek 8.06.2017r.


Drugiego dnia miałyśmy zaplanowane zwiedzanie Brooklynu z Magdą z Littletownshoes.com, więc rano pobudka, książka "Z Nowym Jorkiem na NY" i metrocard w rękę i wio. Poszłyśmy już "trochę" zorientowane do metra, weszłyśmy na pewniaka, co kilka minut metro podjeżdżało, więc chwilę się zastanowiłyśmy, rozejrzałyśmy i zgodnie z tym, co powiedziała Magda najpierw linią L, potem w E i jedziemy. Duma nas rozpiera, uśmiechy na twarzy, rozmowy jakie to metro jest proste w obsłudze itd. itd. Po pewnym czasie - jakieś 15 minut później- coś mi nie pasowało. Odpaliłam aplikację w telefonie i co się okazało? Że pojechałyśmy w drugą stronę i jesteśmy w Harlemie :) Na przedostatnim przystanku wysiadłyśmy, wyszłyśmy z metra i moim oczom ukazał się Harlem, mało bezpieczna dzielnica- niskie zabudowania, wolno jeżdżące auta a w nich czarnoskórzy panowie, muzyka na cały regulator, ciarki mi przeszły, ale nie dałam po sobie poznać strachu. Po drugiej stronie ulicy wejście do metra w drugą stronę- na Brooklyn, czyli tam, gdzie miałyśmy pierwotnie jechać. Szybko przeszłyśmy przez ulicę i biegiem do metra. Jak już byłyśmy w metrze kamień spadł mi z serca. Dojechałyśmy już na miejsce bez problemu z lekkim 20-minutowym opóźnieniem. Przywitała nas Magda z pięcioosobową rodzinką, z którą spędziłyśmy cały dzień.


Rozpoczęliśmy zwiedzanie od tych pięknych miejsc na Brooklynie, po drugiej stronie Manhattanu. Rzeczywiście widok na Manhattan najlepszy jest z Brooklynu, wtedy można ujrzeć wszystko z lepszej perspektywy. Rozpoczęliśmy od spaceru z widokiem na Manhattan, najpierw dzielnica z kamienicami- tymi z filmów, z tymi fajnymi schodami, na których każdy marzy, żeby sobie usiąść- oczywiście nie omieszkałam usiąść i zrobić sobie pamiątkowego zdjęcia. Piękne miejsce. Zrobiłam sobie zdjęcie pod mostem Brooklyńskim, o którym zawsze marzyłam. Kolejne zdjęcie na tle mostu Manhatańskiego- miałam na FB takie zdjęcie i obiecałam sobie, że wstawię kiedyś takie zdjęcie ze mną na tle mostu- i tak się stało :) I tak powoli, powoli szliśmy sobie Brooklynem, najpierw dzielnica DUMBO, potem Brooklyn Heights, Williamsburg i Greenpoint. Mieliśmy cały dzień, więc po co się spieszyć. Oczywiście najpiękniejsze kamieniczki w dzielnicy, w której ludzie zarabiają 200.000$ rocznie, później też nie brzydkie kamieniczki, gdzie ludzie zarabiają po 40.000$ rocznie, później 30.000$ rocznie, przez Williamsburg aż po Greenpoint.


Po drodze zwiedziliśmy Bushwick, czyli dzielnicę, w której widziałam chyba najpiękniejsze graffiti. Zjeżdżają tam najlepsi graficiarze z całego świata i malują na nowo co kilka miesięcy. Piękne murale, wszystko malowane w 3D, więc bardzo realistyczne.


Zwiedziliśmy Williamsburg, który jest nazywany mekką hipsterów. W południowym Williamsburgu mieszkają też ortodoksyjni Żydzi. Przeszliśmy po chasydzkiej dzielnicy, która robi wrażenie. Wszędzie widać kobiety w perukach, w spódnicach za kolana, w koszulach, pulowerkach, z dziećmi. Mali chłopcy z pejsami, w jarmułkach, starsi mężczyźni w płaszczach, kapeluszach. Kraty w oknach! Dlaczego? Ponoć Żydzi mają jeden dzień w tygodniu, gdzie przez cały dzień muszą być pootwierane okna, więc żeby nikt ich nie okradł na stałe mają kraty. To straszne, ale taka jest ich tradycja. Wszędzie są napisy żydowskie, na sklepach, na żółtym szkolnym autobusie również.


Oczywiście była też polska dzielnica Greenpoint. Szczerze powiem- myślałam, że będzie więcej akcentów polskich. A tu nic! Gdyby nie to, że przed sklepem zauważyłam Nałęczowiankę, to nie wiedziałabym, że to polska dzielnica. Myślałam, że będzie jak w "Samych swoich" w Chicago- nazwy sklepów po polsku, polskie nazwiska. Niestety.


Podobały mi się też sklepy z rzeczami, w którym starsze Afroamerykanki chodzą na msze gospel. Pewnie nie raz widzieliście na filmach jak wyglądają msze gospel. Czarnoskórzy ubrani na kolorowo, panie w garsonkach w jednym kolorze z pięknymi kapeluszami- takie właśnie stroje są do kupienia! Myślałam, że to tylko na filmach a tu naprawdę. Cały czas jest taka tradycja. Magda mówiła, że bardzo poleca każdemu wybranie się w niedzielę na taką mszę, ponoć wrażenia są niesamowite. Szkoda, że nie miałam okazji, ale nic straconego :) przecież wizę mam na 10 lat :)


Kolejną fajną rzeczą w naszym wspólnym zwiedzaniu, oprócz wielu ciekawych miejsc, opowieści o historii, kulturze, codziennym życiu, był występ chłopców z Bronx'u. Magda ma z nimi umowę, że tańczą w metrze dla grupy zwiedzającej- jeśli sobie tego grupa życzy. My wyraziliśmy zgodę na spotkanie z chłopcami. Zrobili na nas duże wrażenie. To dzieci z biednych rodzin, które wychowują się na ulicy. Często popadają w konflikt z prawem, biorą narkotyki, są członkami gangów. Chłopcy ci próbują wyrwać się stamtąd tańcząc i realizując swoje pasje. Jak dla mnie to była fajna atrakcja dla nas przyjezdnych, chłopcy dostali od nas i ludzi jadących metrem po kilka dolarów i tak zarabiają na swoje potrzeby.


Bardzo podobało mi się zwiedzanie z Magdą, bo rzeczywiście sama nie trafiłabym w wiele miejsc- na przykład do pizzerii "Roberta's" www.robertaspizza.com :) Kiedy stanęliśmy przed budynkiem, w którym była pizzeria i Magda powiedziała, że mamy wchodzić każdy z nas miał taką minę-zamurowało nas i pukaliśmy się w czoło! Gdzie "ONA" nas prowadzi??? Do kibla (za przeproszeniem)??? Tak to wyglądało. Weszliśmy przez jedne drzwi, później drugie i naszym oczom ukazała cudowna, klimatyczna pizzeria z niesamowicie smaczną i ostrą pizzą. Musieliśmy chwilę poczekać, bo rzeczywiście jest bardzo oblegana przez ludzi. Zjedliśmy smaczną pizzę, wypiliśmy lemoniadę i mogliśmy zwiedzać dalej.


Na końcu zmęczeni wylądowaliśmy w barze na barce, ale już nie mieliśmy ochoty na przesiadywanie, tym bardziej, że dzień był dość zimny - ok.18 stopni, więc raczej chcieliśmy wracać do domu.


To był dzień pełen wrażeń, zupełnie innych niż na Piątej Alei i Times Square, ale nie wyobrażałam sobie, że mogłoby mnie tam nie być.


Jak już ogarnę wszystko, wstawię zdjęcia z tych różnych miejsc i wtedy przekonacie się, że było warto wydać 80$, żeby to zobaczyć.

poniedziałek, 3 lipca 2017

Nowy Jork dzień I :)

Środa 7.06.2017r.

Pobudka dość późno, telefon do domu, że wstałyśmy i szykujemy się na pierwsze wyjście w miasto. Wszyscy przerażeni- żebyśmy nie zginęły, żeby nam się nic nie stało. Musimy uważać, bo "w poniedziałki kradną, we wtorki gwałcą, w środy porywają"- przypomniał mi się ten tekst z "Samych swoich". Ja rozumiem, że oni wszyscy się o nas martwią, ale to nie jest tak. W Nowym Jorku każdy ma swoje sprawy, każdy spieszy się do pracy, domu, rodziny, znajomych. Siedzą w metrze ze słuchawkami na uszach, nie zwracając na nikogo uwagi. Albo sobie śpiewają, albo coś pod nosem mówią.


Pogoda pochmurna, więc na spacer po mieście trzeba zabrać okrycie wierzchnie. Od rana kąpanie, bo poprzedniego dnia byłyśmy tak wykończone, że już nam się nie chciało. George wyszedł do pracy wczesnym rankiem, więc mogłyśmy czuć się swobodnie. Wyszykowałyśmy się i w drogę. Na metro nie mamy co liczyć, bo jeszcze nie wiemy co, gdzie i jak. Dziś czeka nas wędrówka piesza! Ciekawe ile kilometrów przeszłyśmy. Wyszłyśmy z domu i zgodnie z mapą kierowałyśmy się w stronę 5 Alei. Wiadomo, tam najwięcej atrakcji, same najlepsze sklepy. W planach było dość dużo do zobaczenia. 5 Aleja robi wrażenie. Chociaż pierwsze co mnie niestety niezbyt miło zaskoczyło to smród! W Nowym Jorku okropnie śmierdzi- spalinami i jedzeniem. Co prawda później się już przyzwyczaiłam, ale pierwsze dwa dni nie miałam ochoty na jedzenie. Mimo wszystko wyruszyłyśmy przed siebie. Jak wspominałam 5 Aleja jest niesamowita, wiele tam różnorodności, kolorów, wszędzie piękne, wysokie wieżowce, a między nimi niesamowite stare budowle. Mnie zachwyciła katedra św.Patryka. Sam budynek strzelisty, pojawia się wśród ogromnych wieżowców i robi ogromne wrażenie. Oczywiście weszłyśmy, zapaliłyśmy świeczkę w pewnej intencji (jak to w amerykańskich filmach bywa), nie wchodziłyśmy dalej, ponieważ znowu stała ochrona i sprawdzała zawartość toreb. Usiadłyśmy przed Katedrą, żeby odpocząć a przy okazji oglądałyśmy czerwony dywan naprzeciw i promocję filmu "Mumia" z Tomem Cruisem. Niestety głównego aktora nie było, ale było kilku innych. Po zregenerowaniu ruszyłyśmy dalej. Szłyśmy mijając piękne sklepy Gucci, Louis Vuitton, Michael Kors, Victoria's Secret, Versace, Cartier, Rolex, Ferrari, Dolce & Gabbana.


Informacyjnie- To w tych długich włosach to Pan z pięknym makijażem, piórami we włosach i ogólnie chyba inspirowany Prince'm- makijaż na to wskazywał.


20170607_180153 20170607_180535 20170607_180804


Pierwszym naszym celem był Empire State Building. Chciałam, żebyśmy od tego zaczęły zwiedzanie, ponieważ tam zamawiałam City Pass i tam miałyśmy otrzymać książeczkę z karnetami na resztę atrakcji- Top of the Rock, Muzeum Historii Naturalnej, The MET, Muzeum 11 września i statek Circle Line Cruise dookoła wyspy. Dotarłyśmy bez najmniejszych problemów. Na Manhattanie ulice i Aleje przecinają się tworząc szachownicę, więc bardzo prosto nawigować. Empire- piękny budynek, dość wysoki, ale już dawno nie najwyższy w NY, za to chyba najbardziej znany symbol. Za to równie chętnie odwiedzany. Ludzi dość dużo. Pierwsze wrażenie po wejściu- przepych. Przepięknie zdobione ściany i moje wymarzone zdjęcie na tle ściany, na której widnieje Empire w promieniach słońca. W kolejce chwilę stałyśmy, ponieważ jak wszędzie w Nowym Jorku kontrola bagażu, torebek, żadnego jedzenia i picia. Wjechałyśmy na 86 piętro. W windzie towarzyszyły nam piękne obrazy wyświetlane na suficie. Cudowny widok. Z tarasu widokowego rozciągał się widok na cały Manhattan. Z jednej strony widok na dolny Manhattan, z drugiej Central Park. Jednak widok Central Parku najlepszy jest z Top of the Rock. To był nasz pierwszy taras i widok zapierał dech w piersiach. Rozejrzałam się wokół. Przypatrzyłam gdzie są nasze atrakcje, które miałyśmy zwiedzać w następne dni. Wi-Fi w Empire dostępne, więc zadzwoniłyśmy do domu i zrobiłyśmy telekonferencję. Mój mąż kiedy zobaczył widoki z Empire dosłownie się wkurzył i powiedział, żebym do Niego więcej nie dzwoniła. Nie dziwię mu się, bo widoki przepiękne, zapierające dech, a Jemu wizy nie dali! Każdy by się zdenerwował! Ale... ja zrobię wszystko, żeby Go tam zabrać! Poruszę niebo i ziemię, a pojedzie tam ze mną! Wracając do tematu- ludzi dużo, ale dla każdego miejsce się znajdzie, jest gdzie zrobić zdjęcie, jest gdzie nakręcić film. Z góry piękny widok na cały Manhattan. Kilka atrakcji pokazałam Wiktorii i ruszyłyśmy dalej. Poszłyśmy Piątą Aleją podziwiać piękno Nowego Jorku.


Następnie Trump Tower- policja z długą bronią, zamknięta ulica, pełno ludzi robiących sobie zdjęcia z policjantami, przed wejściem, wchodzących, wychodzących. Dalej budynek Biblioteki Publicznej- stary, piękny, znany tylko z filmów. Cudowny widok. Ale dziś nie czas na zwiedzanie, idziemy dalej. Rockefeler Center i dziewczynka-baletnica, siedząca pośrodku. Jak tam jest cudownie! Fantastycznie! Pełno ludzi, uśmiechniętych, zadowolonych. Oczywiście są bezdomni, są biedni, są żebracy- widać ich wszędzie. Jednak nie są nachalni, są wręcz sympatyczni. Pamiętajcie, że oni też konkurują! Każdy z nich wie, że musi w jakiś sposób zdobyć pieniądze i starają się różnymi sposobami. Albo grają- na wszystkim, albo śpiewają, albo ćwiczą, wyskakują, robią sztuczki- są bardzo kreatywni, chyba Nowy Jork zobowiązuje :) Chodziłyśmy i odpoczywałyśmy, tam wszędzie są jakieś skwerki, miejsca do odpoczynku, miejsca gdzie można posiedzieć, popatrzeć na ludzi, rozejrzeć się dookoła. Jadłyśmy w food truckach, które są wszędzie obecne. Jedzenie nie jest pyszne, ale zjadliwe. Oczywiście przeszłyśmy się na Times Square- świetne miejsce. Niektórzy twierdzą, że bardzo hałaśliwe, nieznośne, pełne ludzi. Oczywiście, że tak jest- to Times Square! To miejsce szalone, pełne postaci z kreskówek i filmów, dziwnych instalacji, ludzi siedzących na czerwonych schodach, jedzących na ulicy, siedzących gdzie popadnie. Fajnie tam- skończyło się na tym, że codziennie tam wracałyśmy. Przede wszystkim dlatego, że tam dojeżdżałyśmy metrem i dalej szłyśmy pieszo. Tam jadłyśmy Big mac'i, frytki i piłyśmy Coca Colę w Mc Donalds'ie, tam też kupiłyśmy kosmetyki w M.A.C.'u (ach ta moja fioletowa szminka) i tam kupiłam zabawki dla dzieci w sklepie Disneya. Ceny? Jak na Nowy Jork porównywalne do naszych polskich. Zdziwienie pełne, że tam mogę kupić coś w tych samych cenach albo nawet trochę niższych. W Hard Rock Cafe na Times Square kupiłam mojemu mężowi koszulkę i buty w Champs. Sobie kupiłam kilka rzeczy w H&M'ie. Przy Piątej Alei w Victoria's Secret kupiłam też piękną bieliznę i perfum, który powala zapachem. Po ten perfum pojadę nawet na koniec świata! Przyznam szczerze, że do VS wracałyśmy kilka razy :) Szłyśmy powoli z powrotem do naszego mieszkania w East Village, po drodze wstąpiłyśmy na Grand Central Terminal, obejrzałyśmy cały dookoła, przeszłyśmy wzdłuż i wszerz- zrobiłam pamiątkowe zdjęcie przy słynnym zegarze na środku Grand Central i kupiłyśmy w metrze metrocard, żebyśmy mogły następnego dnia jechać na Brooklyn spotkać się z panią Magdą- naszą przewodniczką. Po drodze zrobiłyśmy sobie zdjęcia przy Flatiron Building- słynnym żelazku. Robiło się już ciemno, więc trzeba było trochę przyspieszyć. Małe zakupy na 14 ulicy- woda, chleb i szynka, i do domu na 12 ulicy.


W domu ok.21.00, telefon do domu do Polski, że wróciłyśmy całe i zdrowe- mimo tego, że tam już 3 rano. Wszyscy czekali z utęsknieniem na telefon i pierwsze relacje z wielkiego miasta :) Opowiadałyśmy z wypiekami na twarzach. Super dzień :) Później kąpiel i spać, bo następnego dnia wczesne wstawanie i jazda na Brooklyn :)

wtorek, 20 czerwca 2017

Nowy Jork moimi oczami :) zapraszam w niesamowitą podróż :)

Tak, już po :) Wyleciałam, wróciłam. Coś jakby sen! :) Najpiękniejszy :)


Ale wróćmy do 6.06.17 godz. 4.00 rano. Spakowana, czekanie na brata, bratową i Wikę. Podróż do Warszawy minęła w lekko nerwowej atmosferze. Dwie dziewczyny wylatują w bardzo daleką podróż- same! Ja świadoma coraz bardziej, że jadę z dzieckiem, za które będę tam odpowiedzialna. Dopiero w tym momencie dotarło do mnie na co się porwałam, ale... nie ma odwrotu- jedziemy. Wierzę, że dam radę. Ogromny strach przed lataniem. Na szczęście mam przy sobie mojego kochanego męża, który tuli mnie i wspiera. Żałuje bardzo, że nie może z nami jechać. Dotarliśmy na miejsce. Lotnisko, jak się poruszać, gdzie iść? Pierwszy raz! Naprawdę! Nigdy wcześniej nie lataliśmy, bo panicznie się bałam. Jakoś poszło. Chwilę postaliśmy, pogadaliśmy, czas pożegnania- jakbyśmy wylatywały co najmniej na rok. Po odprawie siedzenie i czekanie na nasz samolot. Niestety okazało się, że jest opóźnienie - jakaś awaria. No akurat to coś dla mnie! Pierwszy lot a tu awaria samolotu? Poczułam, że nogi mi się uginają. Kontakt z resztą na tarasie widokowym był cały czas. Denerwowali się dlaczego nie wylatujemy. Jeszcze chyba nigdy mi się tak nie dłużyło. Podstawili inny samolot, możemy wsiadać. Strach, gorąco, zimno, idę "rękawem", łykam ślinę, gorąco, zimno. Wchodzę na pokład samolotu, witana przez uśmiechniętą stewardessę. Mi niestety tak do śmiechu nie było. Siadamy na swoich miejscach- przy oknie. Kręci mi się w głowie. Cholera czy ja to przeżyję? A jak coś się stanie? Szybko odganiam złe myśli. Trochę minęło zanim samolot się zapełnił. Ruszamy, powoli wjeżdżamy na pas startowy. Podrywamy się w górę- straszne uczucie, chociaż nie jest aż tak źle. Lecimy. Stwierdzam otwarcie, że start, lądowanie i zmiany wysokości są najgorsze- głowa szaleje. Ale te 8 godzin w powietrzu na jednej wysokości nie było aż takie złe. Widoki fantastyczne. Lecieliśmy nad Grenlandią! Tego się nie spodziewałam!


Wylądowaliśmy na JFK. Nowy Jork. Jesteśmy. Teraz tylko odprawa, krótka rozmowa z urzędnikiem imigracyjnym i idziemy na postój Yellow Cab! Oczywiście po drodze zaczepiają różni tacy, którzy za "okazyjną" cenę mogą zawieźć dokąd się zechce. Okazyjna jest tylko na początku, później okazuje się, że przepłaca się 100%. Dlatego biorę Wikę przed siebie, ma nie reagować, nie oglądać się i nie zwracać na nich uwagi- idziemy do taksówek. Tam wita nas miło Afroamerykanin, do auta walizki pakuje przemiły Chińczyk. Podajemy adres i ruszamy. Dogadujemy cenę- wychodzi 63$, ale bez napiwku. Finalnie płacimy 75$ i wszyscy są zadowoleni. Droga do naszego miejsca zamieszkania nieciekawa. Miły Chińczyk jechał jak z przysłowiowymi "pyrami"! Wtedy myślałam, że naprawdę mu pawia puszczę- w aucie waliło fajkami- pierwsze wrażenie "ups, to naprawdę mój ukochamy NY?". Po drodze żadnych fantastycznych miejsc, żadnego symbolu, który pokazałby mi, że to Nowy Jork. Dotarłyśmy na miejsce- kamienica ze schodami przeciwpożarowymi - jak to w amerykańskich filmach. Podziękowałyśmy i dzwonimy pod adres podany a tam cisza! Jeszcze raz i jeszcze i jeszcze- nikogo nie ma! Chyba mnie szlag zaraz trafi. 7 tysięcy kilometrów od domu, zimno, zmęczona, a tu gospodarz nas olał? Co tu zrobić? Szybka myśl- potrzebujemy wi-fi, które gdzieś pewnie jest, ale na pewno nie na ulicy. Idziemy poszukać knajpki, baru, w którym będzie i wtedy skontaktuję się z George'm. Przeszłyśmy wzdłuż ulicy, wszystko pełne ludzi. Stwierdzam, że idziemy pod dom i będziemy czekać. Wróciłyśmy. Stoi tam facet, który z kimś pisze na telefonie. Podchodzę do niego i moim angielskim mówię o co chodzi. Chwilę zajęło zanim zrozumiał, że potrzebuję wi-fi. Zabiera nas do swojego mieszkania! To w tym budynku, gdzie my mamy wynajęty pokój. Facet okazuje się miłym Chrisem, który co prawda nie znał George'a, ale udostępnił nam swoje wi-fi. Napisałam do gospodarza, że my już jesteśmy i czekamy. Po jakiejś chwili otrzymałam informację, że On jest, ale nas nie ma! Wytłumaczył jak mamy trafić do Jego mieszkania, podziękowałyśmy Chrisowi za pomoc, za szklaneczkę wody i poszłyśmy. George był bardzo zdziwiony tym, co usłyszał od nas. Powiedział, że jeszcze nigdy nie zdarzyła się taka sytuacja i nikt nikomu tak po prostu nie pomógł! Dziwne, bo Chris był bardzo miły i nie miał żadnego problemu z pomocą :) czyżby to urok osobisty polskich dziewczyn? :) Powiem szczerze, padłyśmy na łóżka, bez kąpania, bez zbędnych ceregieli. Tylko skontaktowałyśmy się z bazą w Polsce, bo tam przecież wszyscy czekali na sygnał. Mało tego - śledzili nasz samolot w internecie! Widzieli gdzie lecimy, co się dzieje itd. Nic nam się nie chciało, zasnęłyśmy jak zabite. Zwiedzanie i obmyślanie planu zostawiłyśmy na drugi dzień.


Zdjęcie z drogi do Warszawy


20170606_074232


Czekanie na lotnisku- 2 godziny!


20170606_120650


Już w samolocie.


20170606_135858


Posiłki w samolocie :) dobre, ale niestety sałatka z majonezem na drugi dzień dała mi popalić!


20170606_15535720170606_193742


A to widoki na Grenlandię :)


20170606_171938_001 20170606_174607_001


Pierwsze zdjęcie po wyjściu z lotniska


20170606_182645


W trakcie jazdy Yellow Cab :)


20170606_185953 20170606_190004


Kolejny wpis z dalszą częścią opowieści niebawem :)


Teraz spać, bo jutro niestety powrót do pracy. DOBRANOC :)

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Nadchodzi godzina zero....

To już... zaraz... jeszcze tylko kilka godzin i ruszamy na lotnisko :) Brzuch mnie boli, w żołądku się kotłuje, podekscytowanie sięga zenitu. Strach nie pozwala niczego przełknąć! Co to będzie? A może się wycofać? Może jednak zrezygnować? Po co mi to?


Aaaaaaaa....


Przecież to moje marzenie- największe, najważniejsze, wyczekane :) Jutro o tej godzinie będę jechać żółtą taksówką przez Most Brookliński na Manhattan do naszego mieszkania :) Jutro będę oglądać inny świat, kosmos! Jestem ogromnie podekscytowana. Cudownie!


Walizki spakowane. Wszystko zabrane. Miejsce na to, co ewentualnie kupię na miejscu zrobione :) Wika w sumie więcej kupi niż zabiera ze sobą. Byłam u Niej, też podekscytowana, uśmiechnięta. Świetnie widzieć bliską osobą tak radosną, i ciepło się robi na sercu wiedząc, że to moja zasługa :) Uwielbiam dawać szczęście ludziom :)


Mam już kolejne pomysły, tym razem myślę nad prezentem dla męża na 40 urodziny, które będą za dwa lata :) to musi być jakaś petarda! I będzie :) Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli :)


Tymczasem ostatnie przygotowania i fruuuuu.... w marzenia :)

niedziela, 4 czerwca 2017

Jeszcze jeden dzień! :)

Ale mam stracha! Coraz bardziej się boję! Jednak częściej myślę o tym co zastanę na miejscu niż o samym locie :) Staram się sama siebie uspokajać. Nikt nie wie, nie widzi moich nerwów. Mogą jedynie zobaczyć moją irytację na wszystko.


Dzieci spakowane, ja jeszcze nie. Jutro odwożę pierdoły do szkoły i przedszkola, później ich torby do babci- sporo tego- tornister do szkoły, torba z rzeczami, worek na wf, plecak na treningi; Pola za to ma swoją torbę z ciuchami, plecak z ciuchami na balet, spakowała jeszcze jeden plecak i władowała do niego zabawki i ciupagę! :)


Niko jest świadom gdzie jadę i co się dzieje. Wie, bo ogląda w TV różne programy. Rozumie gdzie lecę, po co, gdzie to jest. Pola nie jest świadoma, wie tylko, że jedzie do babci na wakacje i się cieszy. I dobrze. Nie będzie się denerwować jak Niko. Oglądał kiedyś program o katastrofach lotniczych i niestety wystraszył się, że coś może się stać podczas lotu. Wytłumaczyłam mu, że samoloty są bezpieczne i nic się nie stanie. Mam nadzieję, że Go uspokoiłam i już o tym nie myśli. Niko jest bardzo uczuciowy i ma swoje przemyślenia. Pola jest inna, ma wszystko gdzieś.


Jest już prawie 22.00 a ja nie mam nic spakowane! Boję się, że czegoś zapomnę, że nie zdążę. Jutro jeszcze kilka rzeczy muszę załatwić, aktywować kartę kredytową, wejść do T-Mobile, kupić dzieciakom sandały, spodnie do Nikodema na wesele.


No nic- piwko i pakowanko :)


Trzymajcie kciuki :)

niedziela, 28 maja 2017

9 dni :)

To już niebawem :) Jestem szczęśliwa :) Myślę intensywnie, żeby jak najlepiej zorganizować cały pobyt. Myślę, żeby zorganizować wszystko tu na miejscu, bo przecież cała moja familia zostaje! Dzieci będą chodzić do szkoły i przedszkola, będą różne zajęcia, wycieczki, więc trzeba o wszystkim pomyśleć. Babcia będzie czuwać cały tydzień- najukochańsza na świecie :)


A ja! Głowa pełna od pomysłów, myśli, pytań, wątpliwości. Aaaaaaa... żebym niczego nie zapomniała, żebym o wszystkim pomyślała, żeby wszystko się udało!

A po przyjeździe jeszcze wesele! Buty dla męża- trzeba kupić już teraz, bo później już nie będzie czasu, Niko nie ma ciuchów! Aaaaaa... oszaleję! A ja co mam spakować??? Biorę długopis, notes i już! Wszystko musi być spisane!

Tralalalalalala ... NYC niebawem :) Tralalalalalalala ......

wtorek, 23 maja 2017

New York, New York- to już za 2 tygodnie :) yupiiii

Nie mogę uwierzyć! Trzęsę się już ze strachu przed lotem. Jak to będzie? Zastanawiam się. Jak wygląda lot? Czy moja głowa oszaleje? Czy wytrzymam tyle godzin? Mam nadzieję, że moja głowa nie zwariuje i nie zacznie myśleć- jestem wysoko, nic mnie nie trzyma przy ziemi, pode mną ocean, a jak coś się stanie i zaczniemy spadać? Tego boję się najbardziej- ataku paniki. Bardzo chciałabym mieć obok siebie mojego męża, który by mógł mnie przytulić, uspokoić. Czułabym się bezpieczniejsza. Niestety - nie pisałam tego, ale był dwa razy w ambasadzie i nie dostał wizy. Jest strasznie rozgoryczony, ja też. Kit ze straconą kasą, ale straciliśmy szansę na fajny czas, który moglibyśmy spędzić razem. Razem moglibyśmy przeżywać najpiękniejszą podróż życia. Szkoda, straszna szkoda. Ja jednak jestem gotowa na każde wyzwanie, byle mieć możliwość zobaczenia mojego ukochanego Mostu Brooklińskiego, Central Parku, Terminalu Grand Central i wielu innych wspaniałych miejsc.


Cały czas myślę- co jeszcze potrzebuję? Walizkę na bagaż podręczny zamówiłam, bo stwierdziłam, że lepiej mieć więcej miejsca do spakowania- może coś tam kupię to będę miała gdzie się spakować :) Ubezpieczenie- ważna sprawa. Najlepiej kwota bez limitu, żeby w razie czego mieć zabezpieczenie i nie musieć się martwić, że w kraju będzie trzeba zaciągać kredyt. Co jeszcze? Już chyba wszystko załatwione, kupione, zrobione.


Najgorsze, że w ostatnim czasie dzieje się tak dużo niedobrego. Na Times Square pijany/naćpany facet wjechał w tłum ludzi- nieciekawie, w Manchester Arena zamach terrorystyczny. Strach mnie oblatuje na samą myśl. Jestem jednak pełna optymizmu i wiary w to, że będzie dobrze. Przecież codziennie miliony ludzi latają po całym świecie. Przecież codziennie jeżdżę do pracy- na drodze różnie bywa. Każdy z nas ma swoje przeznaczenie. Myślę, że będzie dobrze. Już układam w głowie i rozpisuję w notesie gdzie i kiedy pójdziemy. Najlepsze jest to, że mamy załatwioną Magdę - przewodniczkę. Udało się zorganizować grupę sześciu osób do zwiedzania i nie musimy płacić 450$ za dzień, tylko 80$ od osoby :) Tym samym 8 czerwca będziemy zwiedzać Brooklyn w towarzystwie Magdy i kilku innych osób. Marzyłam o tym. Bałam się trochę sama jechać w tamten rejon, to jednak daleko z Manhattanu i mogłabym czasem metrem do Kanady dojechać :)


Nie, nie wierzę! Ja i Nowy Jork? Czy to prawda? Czy tylko sen? Może się zaraz obudzę i wszystko okaże się wielką ściemą?


Nieeeee, to prawda! Jadę... niebawem... już za chwilę :) Spełnia się! Największe marzenie mojego życia, najpiękniejszy sen.


wielkie jabłko

wtorek, 16 maja 2017

Pierwsza Komunia Święta Nikodema

Nadszedł maj- czas komunii. Ja również w tym roku uczestniczyłam w tym ważnym wydarzeniu. Nie mogę uwierzyć, że Niko jest już tak duży.


Przygotowywał się długo. Próby w kościele, uczenie modlitw, pieśni. Spotkanie z właścicielką restauracji, gdzie mieliśmy poczęstunek dla gości, alba, buty, koszula, garniturek. Biegania trochę było, ale warto. Owszem, wcześniej nie chodziliśmy do kościoła, nie byłam z siebie wówczas zadowolona. Jestem katoliczką, w tej wierze wychowana, od małego chodziłam do kościoła. Zawsze szłam do kościoła z chęcią. Śpiewałam w chórku kościelnym- jak sobie przypomnę to śmiać mi się chce. Ja- wtedy głos jak anioł, dziś już lekko zachrypnięty, żeby nie powiedzieć przepity :) Jako dziecko katolików mam wszystkie sakramenty- chrzest, komunia, bierzmowanie, no i był też ślub kościelny. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym żyć bez ślubu.


W dzisiejszych czasach niestety jestem trochę oderwana. Coraz więcej ludzi rezygnuje z sakramentów. Oczywiście niech robią co chcą, co im podpowiada intuicja, serce czy rozum. Ale bardzo nie lubię tekstów "a co ci kościół da?", nienawidzę! Jakoś nigdy w ten sposób do tego nie podchodziłam. Raczej chodziłam z potrzeby serca. Był taki czas, że przestałam chodzić. Nie przestałam wierzyć, nie! Po prostu zawsze miałam coś lepszego do roboty, nie miałam czasu, byłam leniwa. Jednak czułam, że czegoś mi brakuje. Niedziela zawsze kojarzyła mi się z kościołem. Bardzo mi tego brakowało. Ale komunia Nikodema wymusiła na mnie dyscyplinę i regularne wyjeżdżanie w niedzielę, żeby się pomodlić. Chcę, żeby moje dzieci też chodziły do kościoła. Dzieci są ochrzczone, Niko ma komunię i będą mieć wszystkie sakramenty. Wychodzę z założenia, że sakramenty niczego nie zmienią w ich życiu, po prostu będą je mieć. Jeśli wybiorą inną drogę w swoim życiu, inne wyznanie, to już ich sprawa.


Wracając do Komunii Świętej Nikodema- było pięknie- mimo deszczowej pogody. Trochę nerwów, bo pod znakiem zapytania był przyjazd wyczekiwanej chrzestnej z rodziną- na szczęście stan zdrowia Asi się poprawił i mogła przyjechać. Jeszcze nigdy nie cieszyłam się tak bardzo z sms'a o 6 rano. Wszyscy pięknie, odświętnie ubrani. Nikodem w białej albie, od rana skupiony. Dużo z Nim rozmawiałam o tym dniu. Mówiłam, że najważniejsze jest to, że przyjmie Pana Jezusa do swojego serca. Nie chciałam. żeby dla Niego w tym dniu liczyły się pieniądze i prezenty- nie na tym to polega! W kościele było bardzo uroczyście. Wszystko wyszło wspaniale. Po mszy pojechaliśmy do restauracji, gdzie czekała już cała obsługa i stoły pięknie przystrojone. Jedzenia było baaaardzo dużo. Najważniejsze, że goście najedzeni i zadowoleni. Nikodem dostał aparat od chrzestnej i pieniądze. Wszystkie torby z prezentami stały na specjalnie uszykowanym do tego stoliku. Nikodem wcale się nimi nie interesował. Widać wziął sobie do serca moje słowa. Jestem dumna z mojego mądrego syna. Było miejsce dla dzieci, gdzie mogły się bawić, porysować, usiąść przy stoliku i zjeść chipsów czy popcornu. Mimo brzydkiej pogody dzieci były cały czas zajęte. Była też bryczka i krótki przejazd dla dzieci. Jak wróciliśmy do domu pod wieczór byliśmy zmęczeni, ale bardzo zadowoleni. Nikodem nie dopytywał o kasę, bo wiedział co o tym myślimy. Za te pieniądze ma kupione płyty z grami na xbox'a i dostanie jeszcze hoverboard'a o jakim marzy. Powiedzieliśmy mu o tym- mocno nas przytulił i bardzo się ucieszył.


To był bardzo wyczerpujący dzień, ale wszystko się udało, więc możemy być z siebie zadowoleni. Cieszę się, że to już.