Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdrowie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 grudnia 2017

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia :)

Chciałam Wam złożyć życzenia świąteczne :)


Przede wszystkim zdrowia, szczęścia, rodzinnej atmosfery, przebaczenia,


żeby każdy miał gdzie i z kim spędzić te Święta,


żeby każdy miał możliwość rozmowy z najbliższymi, posiedzenia wspólnie, połamania się opłatkiem,


życzę wszystkim i każdemu z osobna spędzenia tych Świąt w radosnej atmosferze


przy suto zastawionym wigilijnym stole, przy karpiu, barszczu, śledziu w śmietanie


i kluskach z makiem


a w Nowym Roku wszystkiego o czym śnicie, marzycie, czego bardzo chcecie


oby wszystko Wam się udało i rok mijał zgodnie z tym, jak go sobie wymyślicie


WESOŁYCH ŚWIĄT I SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO JORKU...YYY.... ROKU :)


Znaleziony obraz

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Pomaganie jest fajne :)

Lubię pomagać, wiecie o tym.

W tym roku, jak zwykle wysłałam mały upominek Wiki. Kupiłam Emmę, jednego z TVN-owskich misiów (w sumie Pola chciała na Mikołaja, ja chciałam dorzucić troszkę na potrzebujących- dwie korzyści). Niestety nie zdążyłam dorzucić się do Szlachetnej Paczki, do której co roku coś dorzucam.


W tym roku jednak miałam możliwość pomocy konkretnemu dziecku z domu dziecka. W pracy koleżanka zorganizowała pomoc dla jednego z poznańskich domów dziecka. Każdy, kto miał ochotę pomóc mógł wybrać dziecko i zrobić mu prezent, o którym dziecko marzy. Dla mnie to było bardzo wzruszające. Wybrałam Oliwkę 8 lat, której marzeniem była lalka z "Krainy Lodu". Temat mi bliski. Pola uwielbia "Krainę Lodu" i ma już prawie wszystko z motywem tej bajki. Pomyślałam, że fajnie będzie zrobić dziecku prezent, który sprawi, że w tym smutnym życiu spotka ją coś, co zapamięta miło. Wiedziałam od razu, że prezent dla Oliwki to nie będzie tylko lalka. Chciałam, żeby dostała coś więcej.


Muszę powiedzieć, że zrobiło się naprawdę miło, kiedy okazało się, że wszystkie karteczki z imionami dzieci zostały zabrane. To oznaczało, że wszystkie dzieci otrzymają wymarzone prezenty :) Przełożeni zaproponowali, żebyśmy podzielili się zespołami i w kilka osób zrzucili się na prezent dla danego dziecka. To był strzał w dychę! Nasza Oliwka dostała oprócz ukochanej Elsy w grającej sukni, kredki, słodycze, pamiętnik, ozdoby, gumki do włosów, plecak do szkoły, piórnik z wyposażeniem, ubrania, a wszystko to zapakowane w pojemnik i zawiązane kokardą. Chciałabym bardzo widzieć minę Oliwki, chciałabym wiedzieć Jej reakcję. Ryczę na samą myśl, jak będzie się cieszyć. Nie dociera do mnie, że są dzieci, które nie mają domu, których rodzice ich nie chcą. Jakim trzeba być człowiekiem? Czy to jeszcze ludzie?


Wyobrażacie sobie, jak wygląda Wigilia w domu dziecka? Potraficie ogarnąć umysłem co czują dzieci tam przebywające? Jakie mają marzenia? Oliwia chciała lalkę z "Krainy lodu", 3-letnia dziewczynka chciała bransoletkę, kolejna chciała dres, chłopiec chciał puzzle!


Pola widząc to wszystko, co Oliwia miała dostać była zachwycona, oczka dosłownie Jej się świeciły, oglądała wszystko, jakby niczego nie miała. Wytłumaczyłam Jej co to za dziewczynka, że nie ma domu, nie ma rodziców. Powiedziałam Jej, że Oliwia nie ma nikogo, kto mógłby Jej zrobić prezent. Mała ma niespełna pięć lat, a zrozumiała to od razu. Nie musiałam Jej niczego powtarzać, nie było krzyków, ryków, tylko zrozumienie. Opowiadała wszystkim dla kogo to zabawki, uczestniczyła w pakowaniu. Niko nie, ale pytał o co chodzi, też chciał wiedzieć i musiałam mu opowiedzieć o domu dziecka. Mam nadzieję, że moje dzieci zapamiętają te lekcje, że będą wspominać jak wspólnie pomagaliśmy innym ludziom i sami będą pełni empatii.

niedziela, 3 grudnia 2017

Rozwody...separacje...rozstania...smutna rzeczywistość

Nie nadaję się do aktualnego świata! Jestem przekonana, że powinnam żyć w innych czasach- w czasach romantyzmu. Nastał taki okres, że ludzie masowo się zdradzają, rozstają, żyją jak chcą. Każdy myśli o sobie, każdy chce zająć się sobą, patrzeć na siebie. W dzisiejszym świecie nie zwraca się już takiej uwagi na drugiego człowieka, na partnera, na męża. Co się liczy? JA! Muszę mieć czas dla siebie, żeby się zrelaksować, żeby pobyć ze sobą. A gdzie miejsce dla rodziny, dla tej drugiej połowy? Spełniamy swoje marzenia, realizujemy swoje plany. Jak to jest? Co się stało z tym światem?


Wszędzie pełno tragedii, jak nie zabójstwa, samobójstwa, to gwałciciele, pedofile, ludzie znęcający się nad dziećmi, żonami, mężami, zwierzętami. Ja się wypisuję z takiego świata. Ja się boję!


Nie powiem- chcę realizować swoje marzenia, mam do zrealizowania swoje plany, ale... no właśnie jest takie małe "ale"- to moja rodzina. Nie, nie ograniczają mnie w żadnym stopniu. To nie tak, że mam rodzinę, która zakazuje mi pewnych rzeczy. Ja sama wiem, że mogę marzyć o mieszkaniu w innym miejscu, innym kraju, ale są pewne sprawy, które trzymają mnie tutaj. Gdybym chciała pracować gdzie indziej musiałabym rozstać się z moją rodziną, a tego bym bardzo nie chciała. Mogę wyjeżdżać, żeby na przykład zobaczyć Nowy Jork, ale najlepiej gdyby moi bliscy byli ze mną- pokazałabym im o co chodzi. (Oczywiście w planach jest rodzinny wyjazd na wakacje do NY :) Myślę o tym, że możemy robić coś razem, że możemy przeżywać piękne chwile wspólnie- razem- całą rodziną.


Kiedyś usłyszałam, że po tylu z moim mężem jesteśmy jak brat z siostrą! Co za bzdura! Jesteśmy razem od 20 lat, znamy się bardzo dobrze, znamy swoje myśli, reagujemy podobnie na pewne rzeczy. Śmiejemy się z tych samych żartów. Jest nam bardzo dobrze razem. Mało tego- jest coraz lepiej! Wiem, że wielu nasze szczęście kłuje w oczy, ale to nie mój problem. Wiem, że wielu myśli, On ma przerąbane, tyle czasu z jedną "babą", a nam tak dobrze. Jestem przekonana, że Jemu jest z tym dobrze, a to dlatego, że nie zaniedbałam się po ślubie, po urodzeniu dzieci. Staram się cały czas wyglądać coraz lepiej, robić wszystko, żeby w domu było miło, żeby nasze życie było kolorowe. I to się póki co udaje. Staram się "ogarniać" jak najwięcej rzeczy, bo wiem, że mąż ma dużo na głowie i nie byłby w stanie zapamiętać wszystkiego. Kto gotuje w domu, kto zajmuje się dziećmi, kto sprząta, kto odrabia lekcje z synem, kto przygotowuje potrzebne rzeczy do szkoły i przedszkola, kto chodzi na zebrania, kto płaci rachunki? Ja. Mimo, że chodzę do pracy, to wiem, że jestem w stanie zrobić to lepiej, oczywiście swoim zwyczajem mam wszystko zapisane. Wiem co, kiedy i gdzie.


Wiele osób dziwi się, jak można tak wytrzymać. Jak można mieć taki banalny podział, kobieta -dom, dzieci, gary, mężczyzna- praca i wszystko co wokół domu. Dla mnie to normalne. Nie ma u nas kłótni, nie ma zbędnych rozmów. Nie ma fochów. Za to są rozmowy, jeśli jest problem mówimy sobie wprost o co chodzi. Szkoda czasu na ciche dni i bezsensowne "domyśl się".


Nie wiem czy znalazłam receptę na udane małżeństwo i szczęśliwe życie. Wiem jedno- my jesteśmy szczęśliwi. Mam nadzieję, że tak będzie już zawsze.

niedziela, 8 października 2017

Rodzinne spotkania :)

Niedziela- zazwyczaj imieniny, urodziny i inne uroczystości obchodzimy właśnie w niedzielę. Z uwagi na to, że mój tata we wtorek będzie miał urodziny- postanowiliśmy dziś przyjechać na kawę. Jak zwykle mama upiekła przepyszny serniczek, każdy przyniósł prezent i życzył oprócz zdrowia, wygranej w lotto. Co oznaczają takie spotkania? Po co w ogóle się spotykamy? Czy to na pewno potrzebne? Przecież codziennie przywożę dzieci do rodziców! Przecież chwilę porozmawiamy kiedy je odbieram!


Owszem, ale takie spotkania to co innego. Możemy posiedzieć, porozmawiać, powspominać. Wiele historii usłyszałam po raz pierwszy właśnie na takich rodzinnych spotkaniach. Uwielbiam słuchać taty i mamy jak opowiadają o losach naszej rodziny. Uwielbiam słuchać jak dziadek i babcia byli zesłani do Niemiec do pracy, jak tam się poznali, jak szli pieszo do rodzinnego domu. Szli długo, babcia w ciąży. Co za czasy! Nie ogarniam! Zimy srogie, a oni szli. Dom był dla nich najważniejszy i bardzo chcieli do niego wrócić. Z kolei pradziadkowie ze strony mamy- Volksdeutsche na polskich ziemiach. Nie było im łatwo- gdyby nie dobre serce pradziadka i prababci, cała wieś byłaby przeciwko nim. Ale Oni byli bardzo dobrymi ludźmi, nie donosili na Polaków, nie robili niczego co mogłoby komuś zaszkodzić. Ostrzegali sąsiadów, że Niemcy do nich idą, żeby pochowali wszystko co w tamtych czasach było nielegalne, wszystko czego nie mogli posiadać. Takie historie mrożą krew w żyłach. Ale nie słyszałam tego wcześniej. Jeszcze niedawno byliśmy za młodzi, żeby siedzieć z rodzicami i ich słuchać, teraz rozumiemy jakie to ważne. To nasza historia, tradycje rodzinne.


Nikodem ma w szkole historię. Jutro kartkówka z pojęć związanych z drzewem genealogicznym, tradycją, rodem, patriotyzmem. Przepytałam Go, żeby sprawdzić ile umie. Okazuje się, że mój mądry chłopak słucha i wie bardzo dużo na temat naszej rodziny. Widzi wiele rzeczy. Potrafi powiedzieć jakie pamiątki i po kim mamy w domu. Dumna jestem i wiem, że zabierze to kiedyś ze sobą do swojego domu. W przyszłości również będzie dbał o przekazywanie historii rodzinnych i pamiątek swoim dzieciom.


Mamy dużo pamiątek rodzinnych w domu, dużo dokumentów, starych naczyń, żelazek, luster. To nasze dziedzictwo i nie interesuje mnie czy to kicz, czy komuś się podoba czy nie. To jest moje. Każdy przedmiot ściśle związany jest z moimi przodkami, określa mnie i moją rodzinę. Każdemu z dumą pokazuję i opowiadam o przedmiotach zgromadzonych w moim domu.


A spotkania? Są i nie wiem jak długo będzie nam dane spotykać się w takim gronie. Rodzice mają już swoje lata. Boję się, że może to się niebawem skończyć. Na razie staram się przyjeżdżać jak najczęściej. Teraz imieniny mamy, jeszcze w październiku. Wigilia w tym roku u mnie. Wszyscy jak zwykle przyjadą. Będzie wspaniała atmosfera. Pełen dom ludzi, zapach świąt, jedzenia. Uwielbiam to. Oby było tych spotkań jak najwięcej i jak najczęściej.

piątek, 6 października 2017

"ANIA" wzruszająca książka o Ani Przybylskiej

Bardzo lubiłam tą aktorkę. Była troszkę starsza ode mnie. Piękna, utalentowana, cudowna aktorka, wspaniała mama. Coś o Jej życiu wiedziałam, jakieś fakty kojarzyłam- w końcu to osoba publiczna. Wiadomość o Jej śmierci bardzo mnie wzruszyła i ogromnie zdołowała. Pomyślałam jako matka, że zostawiła swoje dzieci, że teraz one będą bardzo tęsknić. Nie wyobrażałam sobie co muszą czuć. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie co Ania musiała czuć odchodząc. Jak bardzo musiało boleć Ją to, że zostawia takie maluszki. To dla mnie niewyobrażalne. Czy da się zrobić instrukcję w razie śmierci? Oczywiście, że się da. Czy da się na to przygotować? Nie. Nie da się na to przygotować. Nikt nigdy nie jest gotowy na śmierć. Nie wyobrażam sobie co przeżyłyby moje dzieci. Kto by je przytulił? Kto by usiadł z nimi do lekcji? Kto wyprasował ubrania? Kto zrobił ich ulubioną pizzę? Kto pocałował bolące miejsca??? Jest we mnie taki strach, jak sobie poradzą, jeśli by mi się coś stało.


Słyszałam o książce "Ania", ale jakoś parcia do kupienia nie miałam. Widziałam w internecie akcję promocyjną. Czytałam fragmenty przytaczane przez różnych ludzi. Wchodząc ostatnio do księgarni, w której miałam zrobić ksero, rzuciła mi się w oczy ta książka. Uśmiech Ani bił po oczach już od wejścia. Nie zastanawiałam się, kupiłam i pojechałam do domu. Przeczytałam jednym tchem. Książka o życiu Ani. O Jej życiu zawodowym i prywatnym. Opowieść o pięknej dziewczynie, cholernie zdolnej, bardzo fajnej, normalnej. Ania była osobą, która potrafiła porozmawiać z wielkim reżyserem i sprzątaczką. Lubiącą sprośne żarty. Umiejącą zjednać sobie ludzi. Była bardzo dobrą osobą, niezwykle utalentowaną, uśmiechem i tymi wielkimi oczami rozbrajającą. Książka pokazuje jak wyglądało Jej całe życie- od dzieciństwa po kres życia i śmierć.


Ania to bardzo żywiołowa osoba, trzpiotka. Od dzieciństwa wiedząca co chce w życiu robić i dążąca do spełnienia swojego marzenia. Trafiała w życiu na różnych ludzi. Była w nieudanych związkach, które mogły zniszczyć Jej marzenia, ale na szczęście w porę wychodziła z tych toksycznych relacji. Śmierć Jej ukochanego taty był dla Niej ciosem. Marzyła o dużej rodzinie, o wspaniałym mężczyźnie i czwórce dzieci. Los nie był dla Niej łaskawy, dwójkę dzieci straciła. Nie wyobrażam sobie co musiała czuć. Stworzyła wspaniałą rodzinę. Potrafiła zrezygnować z siebie dla swoich najbliższych. Potrafiła przedłożyć dobro rodziny, dzieci, swojego partnera nad swoje ambicje. Fantastyczna osoba. Zastanawiam się i sama nie wiem czy potrafiłabym tak, jak Ona. Czy umiałabym się poświęcić dla rodziny? Zrezygnować z marzeń i planów? Kocham ich, ale póki nie byłam w takiej sytuacji nie wiem co bym zrobiła. Ania potrafiła. Jaką trzeba być osobą, jak bardzo kochać.


Umarła 3 lata temu. Opowieść mamy Ani o Jej ostatnich chwilach jest bardzo wzruszająca. O dwóch łzach spływających po Ani policzkach, kiedy wydała ostatnie tchnienie. Ryczałam! Po prostu rozbeczałam się jak dziecko. To niemożliwe, żeby tak wspaniała osoba odeszła. Jej cząstkę mamy w filmach i wielka szkoda, że już nigdy żaden nowy film z Anią się nie ukaże.


Myślę sobie, że gdybym spotkała Ją na swojej drodze albo byłybyśmy przyjaciółkami na zabój, albo nienawidziłybyśmy się na śmierć i życie. Dostrzegam w Ani wiele podobnych cech, zachowań. Chyba jednak byśmy się dogadały.


Czytałam wiele komentarzy w internecie o tym, że po co rozdrapywać Ani śmierć. Ktoś pytał po co książka, po co film? Dlaczego? Co tej mamie przyszło do głowy, żeby opowiadać o śmierci Ani? A ja pytam a dlaczego nie? Dlaczego nie wspominać cudownej, ciepłej osoby. Dlaczego nie mówić o kimś, kto był normalny, mimo tego, że był sławny i lubiany. Ania powinna być wzorem do naśladowania. Ludzie są straszni, myślą, że  w internecie mogą wszystko. W dzisiejszych czasach mało jest empatycznych, fajnych ludzi, którzy powiedzą- cholera, rzeczywiście umarła świetna osoba, bardzo szkoda. Zamiast tego wylewają żale i komentują nie mając tak naprawdę nic mądrego do powiedzenia.


Ach... znak naszych czasów!


Ja jednak książkę polecam i twierdzę, że warto przeczytać. Można się pośmiać, zadumać i popłakać. Można też wziąć przykład z wielu postaw życiowych Ani.


Ania. Biografia Anny Przybylskiej

niedziela, 20 sierpnia 2017

Regaty o puchar Kłoskowa 2017 :)

Sobota, 19.08.2017r.  godz.14:00


To mój pierwszy raz. Zawsze bałam się pływać, bo mam chorobę morską. Przed startem obawiałam się, że mogę nie podołać. Ale w Nowym Jorku płynęłam promem, to może i tym razem dam radę? Usiądę na zewnątrz, bo w środku głowa może zwariować. Kolejny raz przekonałam się, że to chyba jakieś moje fanaberie! Wsiadłam na łódź i o dziwo nic mi nie było! Głowa nie wariowała, nie kręciło mi się, nie było niedobrze! Nawet winko sobie popijałam i nic mi nie było. Może już mi minęło? Powiem szczerze, bardzo mi się spodobało. Stwierdzam, że to może się podobać. Było niesamowicie. Płynęliśmy 2 godziny. Oczywiście była rywalizacja, ale taka zdrowa. Nie mieliśmy parcia. Te regaty organizowane są przez prywatną osobę- Pana Kłosa (stąd nazwa "Regaty o Puchar Kłoskowa"). I meta jest właśnie u tego Pana. Zacumowaliśmy przy pomoście i poszliśmy zobaczyć cudowną posiadłość. Już z wody widać było piękną roślinność, świetnie utrzymany ogród. Przeszliśmy ogród dookoła. Różnorodne rośliny, drzewa, przepięknie utrzymana trawa- dosłownie dywany. Gdzieś wśród roślinności ukryte jacuzzi, sauna, winiarnia, ogromny staw z plażą i placem zabaw dla dzieci (żałuję, że dzieciaki nie popłynęły z nami). Świetna impreza przy ognisku, z szantami (choć nie lubię, to jakoś nie przeszkadzał mi śpiew Komandora). Oprócz kiełbaski, można było napić się różnego rodzaju alkoholi i soków. Było świetnie. Już dawno nie byłam na tak dobrej imprezie. Wypływaliśmy o 22:00, więc już było ciemno, do tego braliśmy dwie łodzie na hol. Niesamowite uczucie. Po drodze okazało się, że jeszcze jedna łódź stoi na jeziorze i potrzebuje holu, więc odprowadziliśmy łodzie, które mieliśmy na holu do przystani i popłynęliśmy po tamtą. Było świetnie :) Myślę, że będę częściej bywalczynią na łodzi, a może zacznę brać udział w regatach? :)


Się zobaczy :) Miłego dnia :)

wtorek, 15 sierpnia 2017

Wakacje :)

Po moim powrocie z Nowego Jorku pierwsze co powiedział mój mąż to... "koniec wakacji, nie mamy pieniędzy!" Nie wiedział jeszcze, że ja już miałam w głowie kilka pomysłów. Na pomoc przyszedł mi jak zwykle internet. Dostałam kilka maili z travelist z atrakcyjnymi ofertami w różnych miejscach Polski. Popatrzyłam, pomyślałam, zrobiłam biznes plan :) policzyłam i wyszło mi, że jestem w stanie coś tam uzbierać. Nie wierzę już w teksty "nie mamy pieniędzy". To znaczy, jak się o tym nie myśli i nie ma się planu to oczywiście można by tak powiedzieć. Nie po to zaczęłam dodatkowo zajmować się szkoleniami w pracy, brać dodatkowe rzeczy, żeby teraz mówić, że nie mam pieniędzy.


Obejrzałam oferty. Morze- nie bardzo, mąż nie chce. Góry- hmmm... Szklarska, Karpacz - powiało nudą, a ceny trochę za wysokie. I nagle jest! Oferta dla rodzinki z Białce Tatrzańskiej za 1945zł, z wyżywieniem! Zadowolona dzwonię do męża, po drugiej stronie kabla cisza. Nie jest zadowolony. Wytłumaczyłam mu jednak, że dzieci nie były na wakacjach, Jemu też przyda się wypoczynek, bo cały rok pracuje i musi mieć choć chwilę odpoczynku. Po dokładnym zapoznaniu z ofertą okazało się, że to jednak nie to. W zamian znalazłam nową ofertę w Białce za 1500zł z wyżywieniem :) 100 metrów od Term Bania. To jest to! Zarezerwowane, wpłacona zaliczka i można się pakować :) Później na booking.com znalazłam też hotel na jedną noc w Krakowie, bo tam jeszcze nie byliśmy, a szkoda byłoby być tak blisko i nie skorzystać. Pozwiedzamy i wrócimy do domku wypoczęci ;)


Już się nie mogę doczekać :)

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Nowy Jork dzień III :)

Piątek 9.06.2017r.

Zmęczone po wczorajszych wojażach na Brooklynie wstałyśmy nieco później :) Nie chce się wstawać - zmęczenie jest ogromne. Nie mówię o jakiś niedogodnościach, które są związane ze zmianą czasu, bo na to nie miałyśmy nawet czasu. Ale w końcu przyjechałyśmy tu tylko na tydzień, więc mamy tylko kilka dni na zobaczenie wszystkiego, co dla nas zaplanowałam- a trochę tego jest :)


W ten dzień zaplanowałam Muzeum Historii Naturalnej- uwielbiam "Noc w muzeum"! I ja tam? Ależ byłam podekscytowana! Muzeum zlokalizowane naprzeciw Central Parku, dość daleko od naszego miejsca zamieszkania, ale w końcu mamy metro i jesteśmy już takie "obyte". Przepiękny, stary, ogromny budynek. Na wejściu szkielety dinozaurów. Pełno ludzi. Mimo, że miałyśmy karnety City Pass to musiałyśmy stać w kolejce, ale to nic. Mogłyśmy wybrać sobie seans w kinie w Muzeum. Poza tym mogłyśmy się rozejrzeć, zobaczyć jak w środku jest pięknie. Zwiedzanie zajęło nam kilka godzin, aż nas nogi rozbolały. Trochę się różni od tego, co było w filmie- nie było tego gościa na koniu, co go grał Robin Williams! :) Kilku innych rzeczy też nie było! Ale za to.... byłam w MUZEUM HISTORII NATURALNEJ W NOWYM JORKU!!!! Mojego szczęścia nie było końca. Narobiłam tyle zdjęć, że samo oglądanie mnie znudzi i na samą myśl o tym muzeum będzie mnie mdlić! :)


Po wyjściu z Muzeum poszłyśmy sobie kupić Smoothie, drogie bo aż 7$, ale za to przepyszne, robione na miejscu przy mnie, z owoców przeze mnie wybranych. Poszłyśmy spacerkiem do Central Parku. Piękny, fantastyczny Central Park. Dający schronienie wiewiórkom, ludziom chcącym wypocząć, pojeździć na rolkach, rowerze, pograć w różne gry zespołowe, porozmawiać ze znajomymi, albo po prostu dający odpoczynek każdemu kto chce chwili z dala od zgiełku ulicy, wieżowców, klaksonów. Wspaniały park, najpiękniejszy jaki widziałam. Ogromny! Szłyśmy i szłyśmy, i nie było końca. Mniej więcej orientowałam się gdzie możemy być, ale wszędzie są dróżki, kręte, skręcające to w jedną to w drugą stronę. Co chwilę piękne mosty, mosteczki, stawy- mniejsze, większe, pełno ludzi w łódkach. Zza drzew wystające budynki, a w parku cisza, tylko co jakiś czas grający ludzie- to na skrzypcach, na saksofonie, trąbkach, gitarach. Cudownie :) Aż się chciało cieszyć i uśmiechać do wszystkich. Najpiękniejsze widoki. Próbowałyśmy trafić do ZOO, ale niestety nie udało nam się- trochę kiepskie oznakowanie w parku (praktycznie drogowskazów nie było), a mapy ZOO w kilku miejscach. Miałam jeszcze kilka miejsc zaplanowanych, więc poszłyśmy dalej. Szybka sesja zdjęciowa przez hotelem Plaza (tam, gdzie Kevin był sam w Nowym Jorku ) :)


Kolejnym miejscem był taras widokowy Top Of the Rock w Rockefeller Center. Chciałam zobaczyć Central Park z góry. Na wejściu zwisające z sufitu kamienie Swarovskiego, w słońcu pięknie się mieniły- zrobiłam piękne zdjęcie na ich tle. Z tarasu Top of the Rock jest najlepszy widok. Rzeczywiście chodziłam jak zaczarowana. Musowo zrobione zdjęcia na tle Central Parku. Pochodziłam dookoła i zrobiłam zdjęcie Empire State Building, WTOne, całej okolicy i poszłyśmy dalej zwiedzać. Szłyśmy Piątą Aleją, podziwiałyśmy piękne sklepy, obowiązkowo zajrzałyśmy do salonu Victoria's Secret. Ogromny sklep, 3 piętra. Na wejściu stoi pan, który wpuszcza klientów. W środku przepiękne zdobienia, wszędzie zdjęcia modelek z wybiegów, stroje wybiegowe, bielizna. Obłędny zapach. Oczywiście kupiłam jeden z zapachów- pachnie nieziemsko. Na każdym piętrze bielizna, perfumy, a na ostatnim pomieszczenie ze strojami z wybiegów, zrobione stanowisko na wzór tego, przy którym projektanci wymyślają stroje, dobierają materiały. Próbki materiałów przy każdym modelu, zdjęcie wybiegowe modelki- magia. Zabrałyśmy po jednym plakacie- nie wiedząc co dokładnie znajduje się w środku (mąż cieszy się ze zdjęcia 70cm x 100cm modelki w bieliźnie wiszącego w sypialni). Samej mi się podoba i to był mój pomysł.


Po drodze kilka zdjęć na tle wymyślnych fontann w różnych kształtach. I tradycyjnie ostatnie miejsce na chwilę odpoczynku, zjedzenie pysznego fast food'u (zestaw z Maka na Times Square). Od tego śmieciowego jedzenia tak spuchłam, że już mi chyba nic nie pomoże. Nawet tabletki na żołądek nie pomagają. Jeszcze tylko zdjęcie zachodzącego słońca między budynkami, do metra i do domu.


Jeszcze tylko zakupy na 14 ulicy- chleb, woda, wędlina, sałatki- i do domu. Kąpiel, telefon do bazy w Polsce i spać. Jutro kolejny, wyczerpujący dzień.

wtorek, 23 maja 2017

New York, New York- to już za 2 tygodnie :) yupiiii

Nie mogę uwierzyć! Trzęsę się już ze strachu przed lotem. Jak to będzie? Zastanawiam się. Jak wygląda lot? Czy moja głowa oszaleje? Czy wytrzymam tyle godzin? Mam nadzieję, że moja głowa nie zwariuje i nie zacznie myśleć- jestem wysoko, nic mnie nie trzyma przy ziemi, pode mną ocean, a jak coś się stanie i zaczniemy spadać? Tego boję się najbardziej- ataku paniki. Bardzo chciałabym mieć obok siebie mojego męża, który by mógł mnie przytulić, uspokoić. Czułabym się bezpieczniejsza. Niestety - nie pisałam tego, ale był dwa razy w ambasadzie i nie dostał wizy. Jest strasznie rozgoryczony, ja też. Kit ze straconą kasą, ale straciliśmy szansę na fajny czas, który moglibyśmy spędzić razem. Razem moglibyśmy przeżywać najpiękniejszą podróż życia. Szkoda, straszna szkoda. Ja jednak jestem gotowa na każde wyzwanie, byle mieć możliwość zobaczenia mojego ukochanego Mostu Brooklińskiego, Central Parku, Terminalu Grand Central i wielu innych wspaniałych miejsc.


Cały czas myślę- co jeszcze potrzebuję? Walizkę na bagaż podręczny zamówiłam, bo stwierdziłam, że lepiej mieć więcej miejsca do spakowania- może coś tam kupię to będę miała gdzie się spakować :) Ubezpieczenie- ważna sprawa. Najlepiej kwota bez limitu, żeby w razie czego mieć zabezpieczenie i nie musieć się martwić, że w kraju będzie trzeba zaciągać kredyt. Co jeszcze? Już chyba wszystko załatwione, kupione, zrobione.


Najgorsze, że w ostatnim czasie dzieje się tak dużo niedobrego. Na Times Square pijany/naćpany facet wjechał w tłum ludzi- nieciekawie, w Manchester Arena zamach terrorystyczny. Strach mnie oblatuje na samą myśl. Jestem jednak pełna optymizmu i wiary w to, że będzie dobrze. Przecież codziennie miliony ludzi latają po całym świecie. Przecież codziennie jeżdżę do pracy- na drodze różnie bywa. Każdy z nas ma swoje przeznaczenie. Myślę, że będzie dobrze. Już układam w głowie i rozpisuję w notesie gdzie i kiedy pójdziemy. Najlepsze jest to, że mamy załatwioną Magdę - przewodniczkę. Udało się zorganizować grupę sześciu osób do zwiedzania i nie musimy płacić 450$ za dzień, tylko 80$ od osoby :) Tym samym 8 czerwca będziemy zwiedzać Brooklyn w towarzystwie Magdy i kilku innych osób. Marzyłam o tym. Bałam się trochę sama jechać w tamten rejon, to jednak daleko z Manhattanu i mogłabym czasem metrem do Kanady dojechać :)


Nie, nie wierzę! Ja i Nowy Jork? Czy to prawda? Czy tylko sen? Może się zaraz obudzę i wszystko okaże się wielką ściemą?


Nieeeee, to prawda! Jadę... niebawem... już za chwilę :) Spełnia się! Największe marzenie mojego życia, najpiękniejszy sen.


wielkie jabłko

poniedziałek, 27 marca 2017

"Zmiany w życiu" portal dla kobiet, które nie boją się zmian

logo


Każdy z nas ma swoje życie. Każdemu w pewnym stopniu odpowiada to, jak żyje. Każdy układa życie według własnych zasad i potrzeb. Żyjąc z dnia na dzień nie dostrzegamy, że czas mija nieubłaganie, że pewne rzeczy nam uciekają. Kiedy "budzimy się" z letargu spostrzegamy, że coś nas ominęło, że nasze życie nie wygląda tak, jakbyśmy tego chcieli. Zaczynamy rozumieć, że nasze marzenia rozpłynęły się gdzieś daleko, że zawładnęła nami codzienność. Wtedy zaczyna się dla nas i naszego otoczenia trudny czas. Dlaczego? Bo zaczynamy sobie zdawać sprawę, że nie ułożyło się po naszej myśli, że nasze dawne marzenia, ideały schowaliśmy głęboko i o nich zapomnieliśmy. Przestajemy rozumieć otoczenie, a otoczenie przestaje rozumieć nas. Zaczynamy być roszczeniowi, chcemy zmian, przestajemy rozumieć swoich najbliższych. Dochodzi do kłótni, wyrzucania sobie, że nasze życie nie wygląda tak, jak miało wyglądać.


Życie to pasmo różnych splotów wydarzeń, różnie bywa. Każdy z nas jest kowalem własnego losu, choć w codziennej pogoni za pieniądzem, szczęściem, dobrym partnerem zapominamy o sobie. Kiedy pojawia się dom i dzieci zazwyczaj zapominamy o tym, co było dla nas ważne, na czym nam zależało i co chcieliśmy osiągnąć.


"Nigdy nie rezygnuj z osiągnięcia celu tylko dlatego,


że osiągnięcie go wymaga czasu.


Czas i tak upłynie"


Wychodzę z założenia, że należy myśleć o sobie, pamiętać o swoich marzeniach. Wówczas nie zaskakujemy swoich bliskich nagłymi zmianami.


Kiedyś szukając informacji, inspiracji znalazłam w internecie stronę, którą czytam namiętnie. Zmianywzyciu.pl to strona pełna świetnych sentencji, trafionych cytatów. Mnóstwo w niej interesujących felietonów, artykułów. Każdy może znaleźć coś dla siebie. Pełno w niej porad i informacji. Strona stworzona przez kobiety dla kobiet, dająca nadzieję. Przede wszystkim to strona dla kobiet, które nie boją się zmian i chcą je w swoim życiu wprowadzić. Można zakupić książki, które zawierają odpowiedzi na wiele pytań i dają motywację do zmian. Wszystkie artykuły pisane są przez ekspertki w swoich dziedzinach. Panie piszące do "zmian" to specjalistki z dziedziny HR, psychologii, szkoleń, żywienia, są wspaniałymi coachami. Dlatego mogę z czystym sumieniem polecić tą stronę, ponieważ wiem, że traficie w dobre ręce. Zajrzyjcie tam czasem. Oczywiście strona dostępna jest również na Facebook'u:  https://www.facebook.com/ZmianywZyciu/?fref=ts


"Jedną z najsmutniejszych rzeczy w życiu jest dotrzeć do jego kresu, obejrzeć się z żalem za siebie i stwierdzić, że mogłeś być kimś lepszym, dokonać więcej i mieć więcej." Robin Sharma


Polecam :)

sobota, 28 stycznia 2017

"Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej" GORĄCO POLECAM :)

Znalezione obrazy dla zapytania sztuka kochania historia michaliny wisłockiej plakat


W piątkowy wieczór uciekłam po kryjomu z domu, żeby dzieci nie widziały i zniknęłam na dwie godziny. Telefon wyłączony, małe, kameralne kino, ja i "Sztuka kochania". Byłam bardzo ciekawa czy film mi się spodoba, czy nie będzie to kolejny "Grey" dla bab (na Greyu nie byłam i jakoś mnie nie interesuje, tylko z recenzji mogę porównać). No ale... Proszę Państwa... film mnie rozwalił. Cudowna gra Magdaleny Boczarskiej- uwielbiam ją, fajna postać Adamczyka - tego się po Papieżu nie spodziewałam ;)  Film zrobił na mnie ogromnie wrażenie.


Michalina Wisłocka kobieta walcząca o inne kobiety. Sama uwikłana w dziwne relacje z mężem, przyjaciółką, kochankiem. Nieszczęśliwa kobieta, robiąca wszystko, żeby ulepszyć życie milionów Polaków, dać radość z seksu kobietom. Uświadamiała ludzi o ważności tej sfery w życiu każdego człowieka. Tłumaczyła jaki seks ma wpływ na życie, na utrzymanie rodziny, na wierność w związkach. Musiała walczyć z systemem- i tu świetne role Arkadiusza Jakubika i Wojciecha Mecwaldowskiego, jako działaczy partyjnych, a raczej "członków" parti :)


Cytat z Wisłockiej "Jesteś z waginy. A ciebie też rodzice w kapuście nie znaleźli".


Znalezione obrazy dla zapytania sztuka kochania historia michaliny wisłockiej plakat

Film opowiada o Polsce w czasach szarych, smutnych, od lat 40-tych do 70-tych. Kobieta taka, jak Wisłocka nie była na rękę ani władzom, ani klerowi, ani prasie. W filmie pokazano, jak Wisłocka tłumaczy kobietom, jak osiągnąć orgazm, jak same mogą sobie pomóc. Muszę powiedzieć, że jest wiele scen, które rozśmieszają do łez. Ludzie bardzo żywo reagowali na sceny Wisłockiej, która walczy z władzą, która tłumaczy kobietom, jak kochać się ze sobą. W filmie pokazano bardzo odważne sceny erotyczne. Można się jednak było tego spodziewać- już sam tytuł sugeruje- nie będzie tylko mowy o "tych sprawach", ale też będzie wszystko dobitnie pokazane. Skomplikowane życie Wisłockiej daje do myślenia. Ta kobieta bardzo pogubiła się w życiu, była ekspresyjna, ekscentryczna, ale też bardzo wrażliwa, mimo ciętego języka i pewności siebie. Taka kobieta z jajami. Potrafiła postawić się mężczyznom. Wisłocka próbowała nauczyć ludzi cieszyć się z seksu, potrafić o nim rozmawiać, nazywać swoje narządy płciowe, zabezpieczać się- antykoncepcja niestety była w tamtych czasach była odrzucana przez społeczeństwo.


Film naładował mnie pozytywną energią. Polecam wszystkim.

niedziela, 15 stycznia 2017

25 Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy

Zdjęcie użytkownika Cztery Korony - hotel, restauracja, pizzeria.

Jest rok 1996. Liceum. Chora leżę w domu. Koleżanki z klasy zapisują mnie na zbiórkę pieniędzy dla WOŚP. Zimowa niedziela. Chodzimy z prowizorycznymi puszkami. Mamy swój rejon. Kiedy puszka jest już pełna przychodzimy do biura opróżnić zawartość, ogrzać się, wypić ciepłą herbatę. Zbieramy pieniądze do wieczora. O 20.00 światełko do nieba i do domu. Każdy z nas zadowolony. Chyba nikt nie zdawał sobie sprawy, że ta akcja nabierze takiego rozpędu, że będzie miała taki rozmach.


Ten dzień w roku jest bardzo ważny dla całej Polski, dla całego społeczeństwa polskiego. Każdy z nas trafiając do szpitala spotyka, widzi, korzysta ze sprzętu zakupionego z pieniędzy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W 2008 roku kiedy urodziłam syna dotarło do mnie co to jest Wielka Orkiestra- badanie słuchu z serduszkiem WOŚP, kiedy przyszłam do inkubatora zobaczyć swoje maleństwo na sprzęcie widniało serduszko. Tak, to za nasze pieniądze, zgadzam się, ale gdyby nie Jurek Owsiak nie mielibyśmy tego. To dzięki niemu i Jego inicjatywie udało się tak wiele zrobić.


Smutne jest to, że państwo Polskie nie potrafi zapewnić swoim obywatelom godnej opieki lekarskiej, że liczymy na naszą hojność i solidarność. Straszne jest to, że tak naprawdę nikt nie martwi się zakupem sprzętów, wyposażeniem szpitali, pomocą chorym, ponieważ Orkiestra się tym zajmie. Politycy zajmują się pierdołami, zamiast usiąść wspólnie i pomyśleć, co można by zrobić, żeby ten system uzdrowić. Nie chcę wypowiadać się na tematy polityczne, ani opowiadać za żadną z opcji politycznych, ponieważ nie o tym chciałam pisać na swoim blogu, ale blokowanie Orkiestrze i Jurkowi możliwości swobodnej zbiórki pieniędzy to już przesada. TVP brała udział od 20 lat w Orkiestrze, niestety w tym roku odmówiła Jurkowi transmisji, poczta polska odmówiła wypuszczenia znaczków. Czy to żart? Chyba się komuś coś pomyliło! To straszne! Co to za kraj? Kraj dzikich ludzi. Kilka dni przed Finałem zaczęto znów mówić o tym ile Jurek Owsiak zarabia, ile zarabia Jego rodzina, którą w to wkręcił. No ludzie. Nawet gdyby zarabiał bardzo dużo, nawet gdyby robił to ze swoją rodziną, to co??? Coś robi. Poświęcił całe swoje życie na tą akcję. Każdy z nas siedzi w domu i cieszy się, że jest taka akcja, wrzuci coś do puszki albo i nie. Ale tak naprawdę nikt nie wie ile potrzeba poświęcenia, pracy, ludzi, żeby to wszystko dopiąć, żeby to zagrało.


TVP udawało dziś, że nic się nie dzieje! Rozumiecie? Nic się nie dzieje! Na całym świecie! Cisza normalnie. Nie mieści się to w mojej głowie. Na szczęście TVN jeszcze nie zgłupiał i podjął się przejęcia organizacji studia WOŚP. Wspaniale. Czy prezesi- zarówno TVP, jak i "szeregowy prezes" zdają sobie sprawę, jaki prezent zrobili TVN-owi? Nie sądzę!


Ja niestety, jak co roku o tej porze mam w domu pomór i nie mogę uczestniczyć w imprezie organizowanej w naszym mieście. Bardzo chciałabym pokazać moim dzieciom jak to wygląda na żywo, że to nie tylko w TV. Na szczęście jest możliwość przelania pieniędzy, wysłania sms'a, więc pomagać można z domu, wystarczy chcieć. Zbiera cały świat, więc znowu pewnie padnie rekord. Bardzo mnie to cieszy :)


Pomaganie jest fajne, polecam :)


Coś mi się zdaje, że Ksiądz Kaczkowski tam "do góry" nieźle się wkurza. Jego słowa są z nami i warto o nich pamiętać.


Zdjęcie użytkownika Centrum Pozytywnej Energii.

sobota, 14 stycznia 2017

Babskie spotkania :)

Koleżanki z dawnych lat- Marzenka, Ania, Aga. Z Marzenką znałam się już wcześniej, bo mamy wspólną kuzynkę. Z resztą dziewczyn poznałam się w szkole policealnej. Przez pierwsze lata od zakończenia nauki w tamtej szkole nie spotykałam się z nimi. Nie wiem czym to było spowodowane, brakiem czasu, brakiem motywacji do takich spotkań. Wydawało mi się wtedy, że muszę być cały czas ze swoim mężczyzną, że musimy spędzać każdą wolną chwilę razem. Zdarzało się, że gdzieś spotkałam którąś z dziewczyn na zakupach, albo gdzieś w przelocie i rozmawiałyśmy, że się spotykają, że może ja bym się też z nimi kiedyś wybrała, ale mi jakoś nie bardzo wychodziło gospodarowanie czasem. Myślę sobie, że zdawałam sobie sprawę z tego, że chyba nie do końca normalnie się zachowuję, że każdy potrzebuje innego towarzystwa. Ale zazdrość i chęć kontrolowania wszystkiego były silniejsze. W końcu pewne wydarzenia spowodowały to, że tak się zachowywałam.


Z czasem coś zaczęło się zmieniać. Ja nabrałam pewności. Zobaczyłam, że On traktuje mnie poważenie, że chce być ze mną i kocha mnie tak, jak zawsze mi się marzyło. To dodało mi skrzydeł. Zaczęłam spotykać się z dziewczynami. Nasze spotkania odbywają się do tej pory. Są trochę rzadziej, bo dziewczyny rozjechały się po świecie, ale mamy stały kontakt na FB i spotykamy się regularnie. Zazwyczaj wybieramy fajne knajpki, z dobrym piciem i jedzeniem. Siedzimy kilka godzin i bawimy się świetnie. Tematów jest zawsze tyle, że nagadać się nie możemy. Zawsze jest bardzo miło, trochę alkoholowo. Ale taksówkami do domu trzeba wracać :)


Wczoraj spotkałyśmy się u mnie. Cieszę się, że wreszcie dziewczyny mogły zobaczyć jak mieszkam, bo jeszcze u mnie nie były. Kolejne spotkanie też u mnie w kwietniu, bo przyjeżdża Aga z Anglii i jeszcze też u mnie nie była. Termin już umówiony, Marzenka przyjedzie z Niemiec, Aga z Anglii, Ania jest na miejscu i będziemy w komplecie. Stwierdzam, że brakowało mi właśnie takich spotkań. Spotkań z koleżankami, fajnych rozmów, śmiechów, dobrego trunku i pysznego ciasta :)


Dzięki dziewczyny i oby tak było zawsze :)


mlyn u mnie

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Postanowienia noworoczne :)

Rozpoczął się Nowy, ponoć lepszy, 2017 rok. Ja oczywiście mam taka nadzieję, jak każdego roku zresztą. Każdy mówi o swoich postanowieniach na ten rok. Wszędzie piszą o tym, co zrobić, żeby ten rok przeżyć najlepiej jak tylko można. Każdy z nas ma do zrealizowania jakieś swoje cele, postanowienia, które ciągną się za nami od tygodni, miesięcy, a może nawet lat. Coś czego nie zdążyliśmy zrobić w zeszłym roku przechodzi na ten. Coś co wydało nam się zbyt ciężkie w realizacji może w tym wypali? Każdego roku mamy swoje wyzwania, które są dla nas ważne.


Od wczoraj myślę o co mogę zawalczyć z tym roku. Na pewno chcę zrealizować swoje największe marzenie- wyjazd do NY. Tego się trzymam i już od zeszłego roku działam, żeby to wypaliło. Co dalej? Dalej to już tylko przyziemne cele, takie, które stawiam sobie od jakiegoś czasu i to jest po prostu kontynuacja. Chcę ćwiczyć, regularnie (co nie zawsze mi wychodzi), chcę nadal dobrze- zdrowo się odżywiać. Dobra dieta to nie tylko świetna figura, ale przede wszystkim rewelacyjne samopoczucie. Niestety ostatnio (w święta najbardziej) odeszłam od swojego zdrowego jedzenia i żołądek dał o sobie znać, dlatego wiem, że to po prostu będzie dla mnie i mojego organizmu lepsze. Chciałabym bardzo aktywnie spędzać czas, więcej spotykać się ze znajomymi i rodziną. Planuję więcej czasu poświęcać dzieciom. Mam nadzieję, że mi się to uda. Wiem, że doby nie rozciągnę, ale dobry plan na każdy dzień to podstawa. Wiem, że potrafię być zdyscyplinowana i zarządzać swoim czasem. Już nie raz udowodniłam sobie, że potrafię planować czas. A może nauka angielskiego? Oj przydałoby się! Szczególnie, że w NY będzie mi bardzo potrzebny. Mam nadzieję, że wszystko to, co sobie umyślę w tej mojej małej główce stanie się rzeczywistością. Chociaż nie powiem, cały czas jestem szczęśliwa i tak jak jest też jest dobrze. Ale jakie byłoby życie, gdyby nie cele i marzenia? Czy miałoby sens?


Znalezione obrazy dla zapytania postanowienia noworoczne


WSZYSTKIEGO DOBREGO W NOWYM ROKU :)

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Święta, Święta i już po...

stroik


W tym roku święta przypadły dość nieciekawie. W sobotę Wigilia, niedzielę pierwszy dzień świąt, poniedziałek drugi i we wtorek do pracy! Już nie mogę się doczekać! Masakra. Ale w Święta było fajnie. Dzieci szczęśliwe, dostały furę prezentów. Syn dostał swój pierwszy telefon, więc jest mega podekscytowany, córcia wymarzoną hulajnogę, sklep do zabawy, lalki, misie, puzzle i pełno słodyczy. Święta spędziliśmy u rodziny, w domu tylko spaliśmy. Wigilia u mamy, pierwszy dzień świąt u szwagra, drugi znów u mamy. Było jak zwykle bardzo rodzinnie, miło, nie obyło się bez jakiś tam rodzinnych ekscesów, ale w gruncie rzeczy było fajnie. Dom wysprzątany, ustrojony, choinka będzie stała do 6 stycznia. Lubię ten czas i przeciągam go jak długo mogę. Dzisiaj byliśmy oglądać szopki w kościołach. Dzieci zachwycone. Szopki kolorowe. Co roku staramy się zwiedzić szopki. Taka jest nasza tradycja od 8 lat, kiedy nasz syn pierwszy raz z nami pojechał. Mam nadzieję, że ta tradycja przetrwa i będziemy tak robić już zawsze. Mam nadzieję, że moje dzieci będąc już nastolatkami będą chciały z nami jeździć i oglądać wystroje świąteczne i szopki bożonarodzeniowe w kościołach.


Teraz czekamy na koniec roku, Sylwestra i kolejne wyzwania. Lubię sobie stawiać wyzwania. Dążenie do nich sprawia wiele radości, a osiągnięcie ich jest bardzo motywujące.


Na Nowy Rok życzę wszystkim wiele radości, uśmiechu, szczęścia, dużo zdrowia, bo w sumie bez tego nie będzie niczego innego. Życzę Wam dużo miłości, oparcia u ukochanej osoby. Życzę, żeby każdy mógł powiedzieć, że czuje się szczęśliwy, kochany, doceniany i spełniony. Ja jestem spełniona i cały czas zakochana :) Spełniajcie swoje marzenia, wyznaczajcie sobie cele, dążcie do nich z całych sił :) Kasy też Wam życzę, Wam i sobie też :)


DOSIEGO ROKU :)


choinka2 choinka

wtorek, 25 października 2016

Kosmetyki naturalne- samo zdrowie

Kosmetyki są dla nas ważne. To, czego używamy do ciała, włosów, twarzy ma ogromne znaczenie. Od jakiegoś czasu słyszymy w mediach o tym ile parabenów i różnych sztucznych substancji, które wpływają na nasze zdrowie znajduje się w kosmetykach. Wszędzie reklamowane są kosmetyki na bazie naturalnych składników. Każda z firm kusi klientów jak może, żeby przekonać do swoich produktów. Niestety z doświadczenia wiem, że to, co reklamowane jako naturalne, nie zawsze takie musi być.


Od pewnego czasu temat naturalnych kosmetyków spędza mi sen z powiek. Przede wszystkim dlatego, że mój wiek daje o sobie znać, poza tym dwóch ciążach i karmieniu piersią moje włosy zaczęły wypadać i niestety nie wyglądają już jak lata temu. Cera stała się ziemista, pojawiły się przebarwienia, popękały naczynia krwionośne. Niestety tak się dzieje i zdaję sobie sprawę z tego, że młodsza nie będę. Ale zawsze mogę sobie pomóc kosmetykami. Niekoniecznie muszę zamalowywać moje niedoskonałości tonami pudru czy fluidu. Szukałam rozwiązania w internecie i jak zwykle odpowiedź przyszła wcześniej niż mogłabym się tego spodziewać- kosmetyki naturalne z Federacji Rosyjskiej. Stwierdziłam, że nie ma na co czekać, trzeba spróbować. Nie byłabym sobą gdybym nie zechciała spróbować od razu kilku produktów. Ja zawszę kupuję hurtowo.


Z pomocą przyszła mi strona medicspa.pl - to tam zamówiłam i zamawiam do tej pory produkty rosyjskie, naturalne. Od pierwszego użycia jestem bardzo zadowolona. Skupiłam się na kosmetykach producenta Pervoe Reshenie, czyli Apteczka babci Agafii.


Jako pierwsze wypróbowałam naturalne ziołowe mydło czarne, które w swoim składzie ma wyciągi, ekstrakty i oleje z aż 37 syberyjskich roślin. Mydło jest w formie żelu, więc jest bardzo wygodne w użyciu oraz jest mega wydajne. Ja używam go do mycia zarówno włosów, jak i ciała. Nie kupuję już żeli pod prysznic, ani sztucznych, agresywnych szamponów, które sprawiały, że moje włosy były wysuszone, a skóra głowy w fatalnym stanie. Mogę zapewnić, że mydło to jest bardzo dobre, a jego zapach jest niepowtarzalny, cudowny, niespotykany i dający odprężenie.


mydło czarne


Kolejne kosmetyki, które wypróbowałam to oczywiście odżywki i maski do włosów. Wiadomo, jeśli myję włosy naturalnym mydłem to nie mogę mieć sztucznej odżywki. Na pierwszy ogień poszła więc maska drożdżowa na porost włosów. Zapach nie powala, ale podczas używania tej maski nie znajdowałam już włosów na podłodze. Ważne jest również to, że taka maska ułatwia rozczesywanie i włosy dostają blasku. W swoim składzie zawiera ponad 8 składników aktywnych, oprócz drożdży piwnych, zawiera też ostropest plamisty, sok brzozowy, oleje z kiełków pszenicy, nasion białej porzeczki czy owoców dzikiej róży.


maska drożdżowa


Jak już pisałam wcześniej korzystałam z różnych kosmetyków- kolejne to maseczki do twarzy, kremy, sól morska do kąpieli. Jedną z maseczek polecam szczególnie. To maseczka witaminowa fitoaktywna, poziomka, malina, dzika róża, rokitnik, jagoda kamczatska. Pachnie obłędnie, jest koloru czerwonego z małymi pestkami. Wygląda tak, jakby się rozdusiło truskawkę i rozsmarowało na twarzy. Maska ta jest wzbogacona olejami i sokami z jagód z rosyjskiej tajgi. Dzięki temu głęboko nawilża, wyrównuje koloryt twarzy i aktywizuje procesy regeneracji skóry.


maseczka Agafii


Ze strony medicspa.pl mogę polecić również kosmetyki firmy Bingospa. Mam sól do kąpieli, maskę algową do twarzy, jedwabne mleczko do mycia twarzy i szyi, płyn do higieny intymnej, serum kolagenowe do ciała. Wszystkie kosmetyki są w bardzo przystępnych cenach oraz są bardzo wydajne. Już dawno stwierdziłam, że na zdrowiu nie ma co oszczędzać, więc warto też zainwestować w swoje kosmetyki.


Polecam gorąco :)

niedziela, 23 października 2016

Choroba, szpital... próba dla związku?

Grypa żołądkowa- wyczerpująca, wykańczająca, osłabiająca. Noc pełna niespodzianek, tylko nie snu! Szósta rano, ostatni raz w WC, niemoc, ale ogromna potrzeba snu. Chwila, moment, zimno-gorąco, zimne poty, zawrót głowy, upadam, co się dzieje? Budzę się, leżę, w ręce telefon. Głowa boli- uderzyłam w ścianę. Zimno! Cholernie zimno, ale nie mam siły wstać. Ostatkiem sił wybieram numer do Niego- śpiącego na piętrze- "Przyjdź do łazienki, pomóż mi". Za moment podnosi mnie, ale nogi nie działają. W końcu udaje mu się mnie przetransportować na kanapę, temperatura 35,4 st.C. Czuję się okropnie. Leżę dalej przykryta kocem. Zasypiam. Budzę się i dzwonię do przychodni. Lekarz nawet mnie nie bada. Mam to przeczekać. Zwolnienie z pracy na cały tydzień. Głowa boli od uderzenia, w razie czego mam jechać na SOR. Nie mam sił. W domu leżę, bez sił. Wszyscy się martwią. Głowa cały czas boli. Następny dzień głowa nadal boli. Wieczór - jadę na SOR. Odsyłają na pomoc świąteczną. Tam prawie 3 godziny czekania, skierowanie na oddział neurologiczny, dostaję zastrzyk z ketonalu. Kolejne 2 godziny czekania na izbie przyjęć. Przyszła łaskawie pani doktor i odesłała do domu, ze skierowaniem na przyjęcie na oddział za kilka dni. Paranoja. Ledwo żywa i odesłana do domu. Ale niestety nie ma się co kłócić!


Dzieci do babci. A ja do szpitala. Kolejne 2,5 godziny czekania na izbie przyjęć. Zdenerwowanie sięgnęło zenitu. Wreszcie przyszedł lekarz. Pół godziny rozmowy, wypisywania formularzy i na oddział. Smutno mi. Obce osoby, choroba wokoło. Szpital to nic fajnego. Badania. Prześwietlenia.


Ale, żeby tego było mało córka trafia na pomoc doraźną z wysoką gorączką. Skierowanie na oddział pediatryczny. Jestem z nią i mężem. Idziemy na oddział. Ordynator zauważa mój wenflon. Zwraca mi uwagę, że nie powinno mnie być na innym oddziale. Ale jak ja mam nie być przy dziecku? Małej zakładają "motylka", dostaje kroplówkę, śpi wymęczona. Mąż przywiózł rzeczy, piżamki i ulubione zabawki małej. Będzie z nią w szpitalu. Mam wspaniałego męża. Przekonuję się o tym kolejny raz. Trzy dni mała w szpitalu, tata razem z nią. Ja dochodząca z 3-go piętra.


U mnie bez zmian. Ketonal dożylnie, badania. Tomograf, EEG, EKG. W końcu rezonans. Półtora tygodnia leżenia, fajni ludzie, nowe znajomości. A mąż mimo, że zajęty pracą, to i do dzieci codziennie zaglądał, do mnie przyjeżdżał.


Wyszłam ze szpitala, zwolnienie na 2 tygodnie po szpitalu. Mogłam odetchnąć z ulgą, już po wszystkim, chyba będzie dobrze. Ale jedno nie daje mi spokoju- co to było? Co mi się stało? Panika, płacz przechodzący w szloch. Bezdech. Nerwy dają o sobie znać. Nie mogę oddychać. Błagam męża o pomoc. On przerażony przytula, masuje, otwiera okno, przynosi wodę. Jest ze mną. 2 w nocy, a On przy mnie, opiekuje się, ja ryczę! Uświadamiam sobie, że mogę to wszystko stracić, że może być coś nie tak, że w rezonansie coś wyszło i będę musiała zostawić moich bliskich, których tak bardzo kocham.


Odbieram wypis ze szpitala, to torbiel. Czytam w internecie- to nic groźnego, ale pod stałą opieką muszę być i uważać na głowę. Ulga. Odetchnęłam.


Kolejny raz dostałam szkołę życia. Kolejny raz uświadomiłam sobie jak wielka jest nasza miłość. Jak to dobrze mieć przy sobie bratnią duszę, kogoś kto od 20 lat jest przy mnie i kocha jak nikt inny. Będziemy razem do końca... do końca...


KOCHAM :)

środa, 10 sierpnia 2016

Spontan... uwielbiam :)

Kiedyś było inaczej. Nie było obowiązków, rodziny, można było spakować plecak, wziąć namiot, śpiwór, wsiąść na motocykle i jechać na zlot czy biwak. Często tak się robiło. Teraz jest dom, rodzina, obowiązki. Zawsze jest jakieś "ale", a już największe "ale" to ... brak kasy! Bzdura- oczywiście moim skromnym zdaniem. Zawsze jest tak, że tłumaczymy sobie, że taki wakacyjny wydatek to zbyt wiele, kwatery są zbyt drogie, za granicę nie pojedziemy, bo też drogo i daleko, i język trzeba znać (chociaż ja jakoś zawsze się dogadam, jak nie po angielsku to po niemiecku). Jednak kiedy zacznie się myśleć odpowiednio wcześniej to myślę, że można spokojnie odłożyć na wakacje. Mój mąż twierdzi, że nas nie stać, że nie mamy pieniędzy na takie wydatki, że można by było coś za to zrobić w domu, koło domu, na ogrodzie. Oczywiście można by było! Kiedyś po prostu słuchałam męża i twierdziłam, że rzeczywiście to nie dla nas. Nie mamy pieniędzy. W drugiej ciąży zrobiłam eksperyment. Przez kilka miesięcy spisywałam wszystkie wydatki. Miałam do tego stworzony plik w Excelu i każdy wydatek wpisywałam. Zaznaczam tylko, że wszystkie moje wydatki i męża te, o których wiedziałam. Niestety piw i papierosów nie liczyłam. Po kilku miesiącach pokazałam mężowi ile wydajemy. Zdębiał! Wyraził tylko zdumienie ile zarabia. Cóż. Uświadomiłam mu tym samym, że jeśli będziemy odkładać codziennie po 10, 20 zł to budżet nie zmaleje nam tak od razu, a przez dłuższy czas uzbieramy troszkę kaski. Jak zacznę myśleć, że nie mam kasy, że wszędzie za drogo, że można coś zrobić za tą kasę, to nigdy niczego razem nie zrobimy, nigdy nigdzie razem nie pojedziemy. Dlatego staram się od jakiegoś czasu planować wakacje z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Śmieją się ze mnie moi bliscy, że za dużo liczę, że się przeliczę, ale ja tak mam i tyle. Każde dodatkowe pieniądze, z 500 plus, ze zwrotu podatku, premie w pracy, kieszonkowe dzieci, wszystko jest rozpisane i wiem, ile mogę za rok przeznaczyć na wakacje! Mam już zaplanowane co chciałabym robić w następne wakacje. Ale przecież teraz też trzeba żyć. I nie oszczędzamy jakoś drastycznie. Mogę sobie pozwolić na kosmetyki, ubrania, nieplanowane wydatki. Oczywiście wszystko w granicach.


Można zapytać gdzie w takim razie spontan, skoro już rok wcześniej wiem co, gdzie i kiedy? Codziennie jest! Wyjazdy do znajomych, nad jezioro, na ogniska, na imprezy w mieście. Lubię szybko, spontanicznie pakować rzeczy, jedzenie i ruszać w drogę, daleko czy blisko - wszystko jedno :) Spontanicznie decyduję o wakacjach. Tak, jak w tym roku zapisałam siebie i męża na wycieczkę do Hiszpanii- autokarowa w przyszłym roku i bez dzieci. Dowiedział się dopiero później :)


Pewien spontan zdarzył nam się w piątek. Siedzę sobie w pracy, wszyscy mnie wkurzają, klienci przez telefon się wydzierają- gdzie ich przesyłki? Milion problemów (co to za problemy?), pytań. Aż tu nagle dzwoni do mnie ciocia. Zdziwiona odbieram. Słyszę w telefonie, że mogę jechać nad nasze morze, bo mój kuzyn musi wracać do domu, a tam zostaje opłacona kwatera do poniedziałku. Zaświeciła mi myśl w głowie, szkoda taką szansę zmarnować. Ale muszę zapytać męża mego, bo On ma przecież własny warsztat, klientów poumawianych, auta rozebrane do naprawy. Zadzwoniłam, zapytałam, dałam mu godzinę na zastanowienie. Po godzinie już wszystko było ustalone :) Oczywiście jedziemy! Zrobiłam listę rzeczy do spakowania- niby tylko na weekend, ale pogoda w kratkę, i dzieciom trzeba wziąć rzeczy na zimno, ciepło. Już dzień miałam z głowy- myślałam tylko o wyjeździe. Z pracy do domu, pakowanie, kasa w kieszeń, auto zatankowane, w nawigacji kierunek Rewal i jazda :) Było wspaniale, mimo, że z pogodą było różnie, ale wypoczęliśmy, nawdychaliśmy się jodu (ja, jako stara żmija - jadu) :) Taka regeneracja była nam potrzebna, chociaż kilka dni, ale dała mi mega powera :)


Polecam wszystkim :)

czwartek, 14 lipca 2016

Muffina :)

Kolejny raz, kolejna wizyta u Moniki :) Jak ja to lubię!

Jak zwykle inwencja twórcza. Jak zwykle poddałam się Jej całkowicie i jest ciekawie.

Zadowolona :)

muffina1 muffina2

poniedziałek, 30 maja 2016

Relaks w ogrodzie :)

W tym roku obiecałam sobie- żadnego ogrodu, żadnych warzyw, owoców- za dużo pracy, za dużo trzeba poświęcić czasu, którego tak bardzo mi brakuje. Ale... kiedy kupiłam pierwsze pomidory na targu- pachnące, o cudownym smaku, stwierdziłam, że to miejsce w moim ogrodzie nie może się marnować! Bez pierwszy raz zakwitł, winogrono powoli rośnie, porzeczki, agrest już są. To owoce mojego dzieciństwa. Pewnie każdy zajadał drożdżowy z agrestem, porzeczkami i cukrem! Każdy pił kompot z owoców. Już nie mogę się doczekać. Za to najbardziej lubię lato.


agrest porzeczka


Kolejny rok będę miała przepyszne truskawki. Krzaczki rosną jak chwasty a dostałam małe sadzonki. Najważniejsze jest to, że wiem co jem! Moje dzieciaczki mogą zerwać truskawki prosto z krzaczka i zajadać je bez cukru, bo woda i słońce sprawiają, że są przepyszne, czerwone  i słodkie. Jeszcze niedawno miały pełno kwiatu, a teraz w ich miejsce pojawiły się pierwsze owoce :)


truskawki


Jestem dumna z mojego warzywniaka :) to wszystko zrobione przeze mnie - własnymi rękami! Dzięki temu smakuje jeszcze lepiej! Nie wyobrażam sobie rosołu bez swojej własnej prywatnej włoszczyzny, bez lubczyku, który nadaje cudowny smak zupom i sałatkom. A jak pachnie!!!! No i oczywiście ma też inne ważne właściwości :) według wierzeń starych ludzi to afrodyzjak, więc polecam! :) Mi porosły 3 wielkie krzaki (z siewu)!


lubczyk


A oto mój warzywniak! W tym roku posiałam ogórki, marchew, pietruszkę, koper, fasolkę szparagową (uwielbiam do obiadu z bułką tartą i masłem), roszponkę, rzodkiewkę. Zasadziłam pomidory- malinówki, bawole serca i 2 krzaczki koktajlowych. Posadziłam też seler, por, sałatę, kalarepę.


ogrod


Pamiętam ten kawałek ziemi jeszcze 4 lata temu! Pod płotem, jak i na reszcie działki były chwasty. Chwasty były większe ode mnie. Ale z moim uporem poradziłam sobie z nimi. Oczywiście nie bez problemów. Po kilku dniach wyrywania takich chwastów po 180cm ręce bolały mnie tak, że siatki z zakupami nie mogłam unieść. Czułam się tak, jakbym powyrywała je sobie z zawiasów! Do tego zafundowałam sobie kopanie w ziemi, a raczej w glinie, bo taka u mnie ziemia! Kopałam łopatą. Poprosiłam męża o pomoc w wyznaczeniu miejsca na warzywniak. Wyznaczyliśmy kawałek 3 metry na 9 metrów-to ten kawałek na zdjęciu powyżej! I to przekopałam łopatą! :) Na samą myśl ręce mnie bolą. Później, dzięki uprzejmości sąsiada, dosypano mi trochę piasku i znowu kopanie, żeby wszystko wymieszać. Zanim skończyłam przygotowywać ziemię pod uprawę prawie zaczął się lipiec. Zaczęłam siać. Niektórzy pukali się w głowę, twierdzili, że nic z tego nie będzie, że to za późno. W pierwszym roku miałam piękną, wielką marchew, pietruszkę i całą włoszczyznę. Byłam ogromnie z siebie dumna. Jestem z siebie dumna. Nie wierzyłam, że będę potrafiła sama temu sprostać. Ogród nie wygląda jeszcze tak, jakbym chciała, ale może kiedyś. Na razie mam swój warzywniak, mam drzewa owocowe, które sama kupiłam i z mężem posadziliśmy, mamy miejsce do odpoczynku. Jest cudownie!


Kiedy mam męczący dzień w pracy, jestem zła albo mam ochotę zabić, wtedy idę do ogrodu, wyrywam chwasty, podlewam, siedzę sobie na ławce, korzystam ze słońca - to najlepszy w świecie relaks. Po jakimś czasie zdaję sobie sprawę, że wszystko mi minęło, że zapomniałam o złości, o gorszym dniu w pracy, o tym co złe. Cały stres mija, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Mam inną energię. Lubię przesiadywać w moim ogródku, najlepiej z butelką złocistego napoju :) i książką!


relaks


Kocham lato :)


Taki relaks polecam wszystkim, którzy mają możliwość, żeby sobie go zafundować! Kawałek ziemi i już :) Super sprawa :)