Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dobro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dobro. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 grudnia 2017

I tego się spodziewałam! Święta minęły błyskawicznie!

Niestety- jak to się mówi- święta, święta i po świętach. Tyle przygotowań, tyle sprzątania, gotowania i minęło nie wiadomo kiedy. Dlatego właśnie staram się świętować już wtedy, kiedy w sklepach zaczyna się świąteczne szaleństwo. Święta udane. Dzieci dostały mnóstwo prezentów, wszystkie te wymarzone. Jeszcze dzień przed Wigilią Pola i Niko napisały listy do Świętego! Na listach zostały narysowane laptop i różowa hulajnoga. Już lecę, trzymajcie mnie! :)


Wigilia rano, dzieci wstały wcześniej, pobiegły na dół, bo pod choinką prezenty! To już nasza kilkuletnia tradycja :) Stopniujemy radość dzieci :) Dzieciaki zadowolone, przybiegły do naszej sypialni, że dla nas prezenty też są :) Poszliśmy, rozpakowaliśmy, fajnie było :) Dzień wcześniej dzieci zostawiły pierniki i mleko na kominku dla Gwiazdora - wszystko było zjedzone :) Tata Błażej wieczorem miał bojowe zadanie :) Najlepsze jest to, że Niko nadal wierzy, że prezenty przynosi Gwiazdor- może się trochę domyśla, ale my twardo obstawiamy przy swoim. Zdaje nam się, że Pola Go uświadomi :)


Później były prezenty od wujków, dziadka. Pojechaliśmy do moich rodziców na Wigilię. Było nas czternastu, aż trudno się pomieścić w tym małym pokoju. Jak co roku daliśmy radę, było fajnie, rodzinnie, smacznie. A po wieczerzy prezenty, od wujka, od dziadków, od kolejnego wujka. Dzieci oszalały :) Ich zadowolenie to najlepsze, co może nas spotkać :)


Kolejny dzień to lenistwo- jedno wielkie lenistwo! I jedzenie! Góry jedzenia- rybka, kapusta z grzybami, kluski z makiem, barszczyk, popchnięte serniczkiem, makowcem i znowu rybka... i tak dalej, i tak dalej :) Ale było pyszne! :) Jedzenie z odstępami 2-godzinnymi, więc tak prawie, jak w normalnej diecie :) Oczywiście wszystko popite winkiem - mam już na jakiś czas dość, na razie na wino ochoty nie mam. Podoba mi się takie lenistwo. Kolejny dzień - drugi dzień świąt- to rocznica ślubu moich rodziców, więc tradycyjnie obiad, kawa u rodziców i świętowanie ich prawie 50-letniej wspólnej drogi. I minęło. Teraz czekamy na świętowanie Sylwestra :)


P.S. Najlepsze jest to, że waga nawet nie drgnęła :) Jest tyle ile było- oczywiście o dychę za dużo, ale to nie przez święta- ja już w sierpniu byłam gruba :) Dlatego zaczęłam dziś ćwiczenia, 30 minut na orbitreku i jedna seria ćwiczeń z Ewką :)

piątek, 22 grudnia 2017

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia :)

Chciałam Wam złożyć życzenia świąteczne :)


Przede wszystkim zdrowia, szczęścia, rodzinnej atmosfery, przebaczenia,


żeby każdy miał gdzie i z kim spędzić te Święta,


żeby każdy miał możliwość rozmowy z najbliższymi, posiedzenia wspólnie, połamania się opłatkiem,


życzę wszystkim i każdemu z osobna spędzenia tych Świąt w radosnej atmosferze


przy suto zastawionym wigilijnym stole, przy karpiu, barszczu, śledziu w śmietanie


i kluskach z makiem


a w Nowym Roku wszystkiego o czym śnicie, marzycie, czego bardzo chcecie


oby wszystko Wam się udało i rok mijał zgodnie z tym, jak go sobie wymyślicie


WESOŁYCH ŚWIĄT I SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO JORKU...YYY.... ROKU :)


Znaleziony obraz

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Pomaganie jest fajne :)

Lubię pomagać, wiecie o tym.

W tym roku, jak zwykle wysłałam mały upominek Wiki. Kupiłam Emmę, jednego z TVN-owskich misiów (w sumie Pola chciała na Mikołaja, ja chciałam dorzucić troszkę na potrzebujących- dwie korzyści). Niestety nie zdążyłam dorzucić się do Szlachetnej Paczki, do której co roku coś dorzucam.


W tym roku jednak miałam możliwość pomocy konkretnemu dziecku z domu dziecka. W pracy koleżanka zorganizowała pomoc dla jednego z poznańskich domów dziecka. Każdy, kto miał ochotę pomóc mógł wybrać dziecko i zrobić mu prezent, o którym dziecko marzy. Dla mnie to było bardzo wzruszające. Wybrałam Oliwkę 8 lat, której marzeniem była lalka z "Krainy Lodu". Temat mi bliski. Pola uwielbia "Krainę Lodu" i ma już prawie wszystko z motywem tej bajki. Pomyślałam, że fajnie będzie zrobić dziecku prezent, który sprawi, że w tym smutnym życiu spotka ją coś, co zapamięta miło. Wiedziałam od razu, że prezent dla Oliwki to nie będzie tylko lalka. Chciałam, żeby dostała coś więcej.


Muszę powiedzieć, że zrobiło się naprawdę miło, kiedy okazało się, że wszystkie karteczki z imionami dzieci zostały zabrane. To oznaczało, że wszystkie dzieci otrzymają wymarzone prezenty :) Przełożeni zaproponowali, żebyśmy podzielili się zespołami i w kilka osób zrzucili się na prezent dla danego dziecka. To był strzał w dychę! Nasza Oliwka dostała oprócz ukochanej Elsy w grającej sukni, kredki, słodycze, pamiętnik, ozdoby, gumki do włosów, plecak do szkoły, piórnik z wyposażeniem, ubrania, a wszystko to zapakowane w pojemnik i zawiązane kokardą. Chciałabym bardzo widzieć minę Oliwki, chciałabym wiedzieć Jej reakcję. Ryczę na samą myśl, jak będzie się cieszyć. Nie dociera do mnie, że są dzieci, które nie mają domu, których rodzice ich nie chcą. Jakim trzeba być człowiekiem? Czy to jeszcze ludzie?


Wyobrażacie sobie, jak wygląda Wigilia w domu dziecka? Potraficie ogarnąć umysłem co czują dzieci tam przebywające? Jakie mają marzenia? Oliwia chciała lalkę z "Krainy lodu", 3-letnia dziewczynka chciała bransoletkę, kolejna chciała dres, chłopiec chciał puzzle!


Pola widząc to wszystko, co Oliwia miała dostać była zachwycona, oczka dosłownie Jej się świeciły, oglądała wszystko, jakby niczego nie miała. Wytłumaczyłam Jej co to za dziewczynka, że nie ma domu, nie ma rodziców. Powiedziałam Jej, że Oliwia nie ma nikogo, kto mógłby Jej zrobić prezent. Mała ma niespełna pięć lat, a zrozumiała to od razu. Nie musiałam Jej niczego powtarzać, nie było krzyków, ryków, tylko zrozumienie. Opowiadała wszystkim dla kogo to zabawki, uczestniczyła w pakowaniu. Niko nie, ale pytał o co chodzi, też chciał wiedzieć i musiałam mu opowiedzieć o domu dziecka. Mam nadzieję, że moje dzieci zapamiętają te lekcje, że będą wspominać jak wspólnie pomagaliśmy innym ludziom i sami będą pełni empatii.

niedziela, 3 grudnia 2017

Rozwody...separacje...rozstania...smutna rzeczywistość

Nie nadaję się do aktualnego świata! Jestem przekonana, że powinnam żyć w innych czasach- w czasach romantyzmu. Nastał taki okres, że ludzie masowo się zdradzają, rozstają, żyją jak chcą. Każdy myśli o sobie, każdy chce zająć się sobą, patrzeć na siebie. W dzisiejszym świecie nie zwraca się już takiej uwagi na drugiego człowieka, na partnera, na męża. Co się liczy? JA! Muszę mieć czas dla siebie, żeby się zrelaksować, żeby pobyć ze sobą. A gdzie miejsce dla rodziny, dla tej drugiej połowy? Spełniamy swoje marzenia, realizujemy swoje plany. Jak to jest? Co się stało z tym światem?


Wszędzie pełno tragedii, jak nie zabójstwa, samobójstwa, to gwałciciele, pedofile, ludzie znęcający się nad dziećmi, żonami, mężami, zwierzętami. Ja się wypisuję z takiego świata. Ja się boję!


Nie powiem- chcę realizować swoje marzenia, mam do zrealizowania swoje plany, ale... no właśnie jest takie małe "ale"- to moja rodzina. Nie, nie ograniczają mnie w żadnym stopniu. To nie tak, że mam rodzinę, która zakazuje mi pewnych rzeczy. Ja sama wiem, że mogę marzyć o mieszkaniu w innym miejscu, innym kraju, ale są pewne sprawy, które trzymają mnie tutaj. Gdybym chciała pracować gdzie indziej musiałabym rozstać się z moją rodziną, a tego bym bardzo nie chciała. Mogę wyjeżdżać, żeby na przykład zobaczyć Nowy Jork, ale najlepiej gdyby moi bliscy byli ze mną- pokazałabym im o co chodzi. (Oczywiście w planach jest rodzinny wyjazd na wakacje do NY :) Myślę o tym, że możemy robić coś razem, że możemy przeżywać piękne chwile wspólnie- razem- całą rodziną.


Kiedyś usłyszałam, że po tylu z moim mężem jesteśmy jak brat z siostrą! Co za bzdura! Jesteśmy razem od 20 lat, znamy się bardzo dobrze, znamy swoje myśli, reagujemy podobnie na pewne rzeczy. Śmiejemy się z tych samych żartów. Jest nam bardzo dobrze razem. Mało tego- jest coraz lepiej! Wiem, że wielu nasze szczęście kłuje w oczy, ale to nie mój problem. Wiem, że wielu myśli, On ma przerąbane, tyle czasu z jedną "babą", a nam tak dobrze. Jestem przekonana, że Jemu jest z tym dobrze, a to dlatego, że nie zaniedbałam się po ślubie, po urodzeniu dzieci. Staram się cały czas wyglądać coraz lepiej, robić wszystko, żeby w domu było miło, żeby nasze życie było kolorowe. I to się póki co udaje. Staram się "ogarniać" jak najwięcej rzeczy, bo wiem, że mąż ma dużo na głowie i nie byłby w stanie zapamiętać wszystkiego. Kto gotuje w domu, kto zajmuje się dziećmi, kto sprząta, kto odrabia lekcje z synem, kto przygotowuje potrzebne rzeczy do szkoły i przedszkola, kto chodzi na zebrania, kto płaci rachunki? Ja. Mimo, że chodzę do pracy, to wiem, że jestem w stanie zrobić to lepiej, oczywiście swoim zwyczajem mam wszystko zapisane. Wiem co, kiedy i gdzie.


Wiele osób dziwi się, jak można tak wytrzymać. Jak można mieć taki banalny podział, kobieta -dom, dzieci, gary, mężczyzna- praca i wszystko co wokół domu. Dla mnie to normalne. Nie ma u nas kłótni, nie ma zbędnych rozmów. Nie ma fochów. Za to są rozmowy, jeśli jest problem mówimy sobie wprost o co chodzi. Szkoda czasu na ciche dni i bezsensowne "domyśl się".


Nie wiem czy znalazłam receptę na udane małżeństwo i szczęśliwe życie. Wiem jedno- my jesteśmy szczęśliwi. Mam nadzieję, że tak będzie już zawsze.

niedziela, 19 listopada 2017

Diana- księżna ludzkich serc

Co można robić w taki wieczór? Dzieci, mąż już śpią a ja z lampką wina oglądam jakieś pierdoły w TV. Trafiam na program poświęcony księżnej Dianie. Wywiad rzeka. Sama Diana opowiada w tym programie o swoim życiu. Mówi dużo. O życiu, rodzinie, mężu-tym brzydalu księciu Karolu, o dzieciach, o bulimii, z którą zmagała się aż do tragicznej śmierci. Opowiada o romansie męża z Kamilą, o tym jak odważyła się z nią o tym porozmawiać. Bardzo dużo bólu w tej rozmowie. To straszne.


Każdy z nas patrzył na to z boku, każdy podziwiał, zazdrościł i myślał- życie w królestwie musi być strasznie fajne, ekscytujące, pełne wspaniałych podróży, spotkań z ciekawymi ludźmi. Z tego, co mówiła Diana jej życie było pełne bólu, rozterek, rozmyślań, płaczu. My widzieliśmy tylko i wyłącznie splendor, bogactwo, uśmiech przyklejony do twarzy Diany i Karola. Później okazało się, że to nie było szczere, że to praktycznie była fikcja.


Ile jest takich historii??? Pewnie całe mnóstwo. Jednak przy tej kolejny raz popłakałam się jak dziecko. Kiedy zobaczyłam mnóstwo kwiatów pod pałacem po Jej śmierci, kiedy kolejny raz pokazali Jej pogrzeb i dzieci idące za trumną ukochanej mamy. Przy trumnie koperta z napisem "Mummy". Nawet nie próbuję sobie wyobrazić co musiał czuć Wiliam czy Harry. Potrafili się zachować nawet w takiej sytuacji- książęce dzieci- tak wychowane! A co było w ich sercach?


Diana była cudowną, szczerą, piękną osobą. Taką ją zapamiętam na zawsze.

Święta, Święta .... już niedługo :)

Cieszy mnie ten właśnie okres, ten czas, kiedy jeszcze nie grudzień a już są reklamy, wszędzie oznaki zbliżających się świąt. Lubię to.


Święta mamy tylko kilka dni. W tym roku niefortunnie wypadają w weekend! Dlatego mnie cieszy ten czas przed świętami, kiedy wszędzie możemy oglądać padający śnieg, prezenty, rodzinną atmosferę. Uwielbiam właśnie te święta. Lubię piec pierniki, ubierać choinkę, robić z dziećmi ozdoby choinkowe. Kiedy ma się dzieci te wszystkie rzeczy, przygotowania nabierają innego wymiaru, mają inną moc.


W tym roku troszkę wcześniej, ale nie ma na co czekać- prezenty już są :) na niektóre jeszcze czekam. Dla dzieci, dla męża. To są te osoby, najważniejsze, którym chcę zrobić przyjemność. Jak co roku, w wigilijny poranek dzieciaki obudzą się wcześniej, zejdą na dół, pod choinką będą czekały prezenty od Gwiazdora :) Przybiegną do naszej sypialni, obudzą nas krzykiem, że są prezenty, że Gwiazdor już był. Uwielbiam to. I to rozpakowywanie. I ten zachwyt :) Uwielbiam tą dziecięcą radość, taką szczerą :) Co roku staram się też pakować prezenty w papier, nie w torby, bo rozrywanie papieru jest niesamowite, widzę w tych małych dziecięcych oczkach tą ciekawość, co tam może być :) I to "Mamo zobacz, to jest to o czym marzyłem/marzyłam" :) No ale Gwiazdor wszystko wie, bo ma kamery w lampach i cały rok obserwuje czy są grzeczni :) Ech...


Święta tuż tuż... Kewin...śnieg...reklamy...dzwoneczki...saneczki...Mikołajki... i George Michael - jeszcze nie słyszałam! Nie może być!


A Wy??? Macie już prezenty? Jest już późno, więc radzę już zamawiać, kupować, bo później będzie już tylko gorzej :)


Znalezione obrazy dla zapytania święta bożego narodzenia 2017

sobota, 11 listopada 2017

"Jestem świetna, mam swoje zdanie i innych gdzieś"

Nie, nie, to nie moje myśli ani słowa- dlatego użyłam cudzysłowia. Przeglądając Facebooka bardzo często- za często!- czytam wpisy moich znajomych. Czytam i nie mogę uwierzyć. Z jednej strony to śmieszne, a z drugiej smutne. Już dawno nie widziałam takiej obłudy, takiego zakłamania. Najlepsze jest to, że na FB wstawia jeden z drugim czy jedna z drugą, że jest szczera, nie boi się powiedzieć innym co o nich myśli, że ogólnie ma wszystko gdzieś, a już na pewno to, co myślą o nich inni. A tak naprawdę powiesz takiemu jedno słowo i jest mega burza. Dziś każdy pokazuje jak to ma piękny dom, świetnego męża/żonę, jak to się wszyscy kochają, jakich to nie mają wakacji. Fajnie, ale do pewnego momentu. Do momentu, dopóki to prawda.


Szczerze powiem, że zaczyna drażnić mnie pokazywanie dziwnych emocji, pokazywanie wszystkiego. Drażni mnie kiedy znajomi udostępniają memy o tym, jak nie lubią fałszywości i jak to unikają tego typu sytuacji i ludzi, którzy są fałszywi. A tu w realu spotykam się z niebywałą fałszywością tychże osób. O co chodzi? Co to oznacza?


Nie chcę przez to powiedzieć, że jestem idealna, że taka fajna i tak w ogóle to anioł, nie. Zdarza mi się zagryzać zęby, szczególnie gdy słyszę głupoty z ust innych, gdy słyszę jazgot zamiast słów. Wielokrotnie mi się zdarzyło. Nie lubię kiedy ktoś pluje jadem. Wiem jak to wygląda, bo kiedyś sama taka byłam. Teraz muszę przyznać, że wolę wiele rzeczy przemilczeć niż powiedzieć dwa słowa za dużo. Życie nauczyło mnie, żeby swoje myśli, odczucia raczej zachowywać dla siebie. Boję się opowiadać o moich prawdziwych odczuciach, bo z doświadczenia wiem, że może to się obrócić przeciwko mnie. Mam kilka osób, z którymi mogę porozmawiać, którym mogę pewne rzeczy powiedzieć, ale nie wszystko!


Zawsze zastanawia mnie to, że takie osoby- dla mnie i według mnie- obłudne, fałszywe, odpychające, mają pełno przyjaciół! Nie znajomych, koleżanek, kolegów- tylko przyjaciół! Co ciekawe Ci przyjaciele w rozmowie potrafią opowiadać takie rzeczy o nieobecnej z nami przyjaciółce czy przyjacielu, że od razu zapala mi się czerwona lampka i słyszę głos "uciekaj". Bo o czym to świadczy? O tym, że wystarczy, że znikniesz za rogiem a ta sama osoba zacznie mówić tak o tobie. Unikam takich osób. Staram się omijać szerokim łukiem. Niestety w swoim otoczeniu miałam za dużo takich osób i w zasadzie pozbyłam się ich wszystkich.


Uwielbiam ludzi z pasją. Ludzi, którzy z przejęciem opowiadają o swoich przygodach, swoim hobby, o tym, co lubią robić. Lubię ludzi, którzy mają zainteresowania i robią coś fajnego. Lubię słuchać, czytać, chłonąć każde mądre słowo.


Kiedy mi wróci wiara w ludzi??? Obawiam się, że nigdy.

niedziela, 8 października 2017

Rodzinne spotkania :)

Niedziela- zazwyczaj imieniny, urodziny i inne uroczystości obchodzimy właśnie w niedzielę. Z uwagi na to, że mój tata we wtorek będzie miał urodziny- postanowiliśmy dziś przyjechać na kawę. Jak zwykle mama upiekła przepyszny serniczek, każdy przyniósł prezent i życzył oprócz zdrowia, wygranej w lotto. Co oznaczają takie spotkania? Po co w ogóle się spotykamy? Czy to na pewno potrzebne? Przecież codziennie przywożę dzieci do rodziców! Przecież chwilę porozmawiamy kiedy je odbieram!


Owszem, ale takie spotkania to co innego. Możemy posiedzieć, porozmawiać, powspominać. Wiele historii usłyszałam po raz pierwszy właśnie na takich rodzinnych spotkaniach. Uwielbiam słuchać taty i mamy jak opowiadają o losach naszej rodziny. Uwielbiam słuchać jak dziadek i babcia byli zesłani do Niemiec do pracy, jak tam się poznali, jak szli pieszo do rodzinnego domu. Szli długo, babcia w ciąży. Co za czasy! Nie ogarniam! Zimy srogie, a oni szli. Dom był dla nich najważniejszy i bardzo chcieli do niego wrócić. Z kolei pradziadkowie ze strony mamy- Volksdeutsche na polskich ziemiach. Nie było im łatwo- gdyby nie dobre serce pradziadka i prababci, cała wieś byłaby przeciwko nim. Ale Oni byli bardzo dobrymi ludźmi, nie donosili na Polaków, nie robili niczego co mogłoby komuś zaszkodzić. Ostrzegali sąsiadów, że Niemcy do nich idą, żeby pochowali wszystko co w tamtych czasach było nielegalne, wszystko czego nie mogli posiadać. Takie historie mrożą krew w żyłach. Ale nie słyszałam tego wcześniej. Jeszcze niedawno byliśmy za młodzi, żeby siedzieć z rodzicami i ich słuchać, teraz rozumiemy jakie to ważne. To nasza historia, tradycje rodzinne.


Nikodem ma w szkole historię. Jutro kartkówka z pojęć związanych z drzewem genealogicznym, tradycją, rodem, patriotyzmem. Przepytałam Go, żeby sprawdzić ile umie. Okazuje się, że mój mądry chłopak słucha i wie bardzo dużo na temat naszej rodziny. Widzi wiele rzeczy. Potrafi powiedzieć jakie pamiątki i po kim mamy w domu. Dumna jestem i wiem, że zabierze to kiedyś ze sobą do swojego domu. W przyszłości również będzie dbał o przekazywanie historii rodzinnych i pamiątek swoim dzieciom.


Mamy dużo pamiątek rodzinnych w domu, dużo dokumentów, starych naczyń, żelazek, luster. To nasze dziedzictwo i nie interesuje mnie czy to kicz, czy komuś się podoba czy nie. To jest moje. Każdy przedmiot ściśle związany jest z moimi przodkami, określa mnie i moją rodzinę. Każdemu z dumą pokazuję i opowiadam o przedmiotach zgromadzonych w moim domu.


A spotkania? Są i nie wiem jak długo będzie nam dane spotykać się w takim gronie. Rodzice mają już swoje lata. Boję się, że może to się niebawem skończyć. Na razie staram się przyjeżdżać jak najczęściej. Teraz imieniny mamy, jeszcze w październiku. Wigilia w tym roku u mnie. Wszyscy jak zwykle przyjadą. Będzie wspaniała atmosfera. Pełen dom ludzi, zapach świąt, jedzenia. Uwielbiam to. Oby było tych spotkań jak najwięcej i jak najczęściej.

piątek, 6 października 2017

"ANIA" wzruszająca książka o Ani Przybylskiej

Bardzo lubiłam tą aktorkę. Była troszkę starsza ode mnie. Piękna, utalentowana, cudowna aktorka, wspaniała mama. Coś o Jej życiu wiedziałam, jakieś fakty kojarzyłam- w końcu to osoba publiczna. Wiadomość o Jej śmierci bardzo mnie wzruszyła i ogromnie zdołowała. Pomyślałam jako matka, że zostawiła swoje dzieci, że teraz one będą bardzo tęsknić. Nie wyobrażałam sobie co muszą czuć. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie co Ania musiała czuć odchodząc. Jak bardzo musiało boleć Ją to, że zostawia takie maluszki. To dla mnie niewyobrażalne. Czy da się zrobić instrukcję w razie śmierci? Oczywiście, że się da. Czy da się na to przygotować? Nie. Nie da się na to przygotować. Nikt nigdy nie jest gotowy na śmierć. Nie wyobrażam sobie co przeżyłyby moje dzieci. Kto by je przytulił? Kto by usiadł z nimi do lekcji? Kto wyprasował ubrania? Kto zrobił ich ulubioną pizzę? Kto pocałował bolące miejsca??? Jest we mnie taki strach, jak sobie poradzą, jeśli by mi się coś stało.


Słyszałam o książce "Ania", ale jakoś parcia do kupienia nie miałam. Widziałam w internecie akcję promocyjną. Czytałam fragmenty przytaczane przez różnych ludzi. Wchodząc ostatnio do księgarni, w której miałam zrobić ksero, rzuciła mi się w oczy ta książka. Uśmiech Ani bił po oczach już od wejścia. Nie zastanawiałam się, kupiłam i pojechałam do domu. Przeczytałam jednym tchem. Książka o życiu Ani. O Jej życiu zawodowym i prywatnym. Opowieść o pięknej dziewczynie, cholernie zdolnej, bardzo fajnej, normalnej. Ania była osobą, która potrafiła porozmawiać z wielkim reżyserem i sprzątaczką. Lubiącą sprośne żarty. Umiejącą zjednać sobie ludzi. Była bardzo dobrą osobą, niezwykle utalentowaną, uśmiechem i tymi wielkimi oczami rozbrajającą. Książka pokazuje jak wyglądało Jej całe życie- od dzieciństwa po kres życia i śmierć.


Ania to bardzo żywiołowa osoba, trzpiotka. Od dzieciństwa wiedząca co chce w życiu robić i dążąca do spełnienia swojego marzenia. Trafiała w życiu na różnych ludzi. Była w nieudanych związkach, które mogły zniszczyć Jej marzenia, ale na szczęście w porę wychodziła z tych toksycznych relacji. Śmierć Jej ukochanego taty był dla Niej ciosem. Marzyła o dużej rodzinie, o wspaniałym mężczyźnie i czwórce dzieci. Los nie był dla Niej łaskawy, dwójkę dzieci straciła. Nie wyobrażam sobie co musiała czuć. Stworzyła wspaniałą rodzinę. Potrafiła zrezygnować z siebie dla swoich najbliższych. Potrafiła przedłożyć dobro rodziny, dzieci, swojego partnera nad swoje ambicje. Fantastyczna osoba. Zastanawiam się i sama nie wiem czy potrafiłabym tak, jak Ona. Czy umiałabym się poświęcić dla rodziny? Zrezygnować z marzeń i planów? Kocham ich, ale póki nie byłam w takiej sytuacji nie wiem co bym zrobiła. Ania potrafiła. Jaką trzeba być osobą, jak bardzo kochać.


Umarła 3 lata temu. Opowieść mamy Ani o Jej ostatnich chwilach jest bardzo wzruszająca. O dwóch łzach spływających po Ani policzkach, kiedy wydała ostatnie tchnienie. Ryczałam! Po prostu rozbeczałam się jak dziecko. To niemożliwe, żeby tak wspaniała osoba odeszła. Jej cząstkę mamy w filmach i wielka szkoda, że już nigdy żaden nowy film z Anią się nie ukaże.


Myślę sobie, że gdybym spotkała Ją na swojej drodze albo byłybyśmy przyjaciółkami na zabój, albo nienawidziłybyśmy się na śmierć i życie. Dostrzegam w Ani wiele podobnych cech, zachowań. Chyba jednak byśmy się dogadały.


Czytałam wiele komentarzy w internecie o tym, że po co rozdrapywać Ani śmierć. Ktoś pytał po co książka, po co film? Dlaczego? Co tej mamie przyszło do głowy, żeby opowiadać o śmierci Ani? A ja pytam a dlaczego nie? Dlaczego nie wspominać cudownej, ciepłej osoby. Dlaczego nie mówić o kimś, kto był normalny, mimo tego, że był sławny i lubiany. Ania powinna być wzorem do naśladowania. Ludzie są straszni, myślą, że  w internecie mogą wszystko. W dzisiejszych czasach mało jest empatycznych, fajnych ludzi, którzy powiedzą- cholera, rzeczywiście umarła świetna osoba, bardzo szkoda. Zamiast tego wylewają żale i komentują nie mając tak naprawdę nic mądrego do powiedzenia.


Ach... znak naszych czasów!


Ja jednak książkę polecam i twierdzę, że warto przeczytać. Można się pośmiać, zadumać i popłakać. Można też wziąć przykład z wielu postaw życiowych Ani.


Ania. Biografia Anny Przybylskiej

wtorek, 15 sierpnia 2017

Wakacje :)

Po moim powrocie z Nowego Jorku pierwsze co powiedział mój mąż to... "koniec wakacji, nie mamy pieniędzy!" Nie wiedział jeszcze, że ja już miałam w głowie kilka pomysłów. Na pomoc przyszedł mi jak zwykle internet. Dostałam kilka maili z travelist z atrakcyjnymi ofertami w różnych miejscach Polski. Popatrzyłam, pomyślałam, zrobiłam biznes plan :) policzyłam i wyszło mi, że jestem w stanie coś tam uzbierać. Nie wierzę już w teksty "nie mamy pieniędzy". To znaczy, jak się o tym nie myśli i nie ma się planu to oczywiście można by tak powiedzieć. Nie po to zaczęłam dodatkowo zajmować się szkoleniami w pracy, brać dodatkowe rzeczy, żeby teraz mówić, że nie mam pieniędzy.


Obejrzałam oferty. Morze- nie bardzo, mąż nie chce. Góry- hmmm... Szklarska, Karpacz - powiało nudą, a ceny trochę za wysokie. I nagle jest! Oferta dla rodzinki z Białce Tatrzańskiej za 1945zł, z wyżywieniem! Zadowolona dzwonię do męża, po drugiej stronie kabla cisza. Nie jest zadowolony. Wytłumaczyłam mu jednak, że dzieci nie były na wakacjach, Jemu też przyda się wypoczynek, bo cały rok pracuje i musi mieć choć chwilę odpoczynku. Po dokładnym zapoznaniu z ofertą okazało się, że to jednak nie to. W zamian znalazłam nową ofertę w Białce za 1500zł z wyżywieniem :) 100 metrów od Term Bania. To jest to! Zarezerwowane, wpłacona zaliczka i można się pakować :) Później na booking.com znalazłam też hotel na jedną noc w Krakowie, bo tam jeszcze nie byliśmy, a szkoda byłoby być tak blisko i nie skorzystać. Pozwiedzamy i wrócimy do domku wypoczęci ;)


Już się nie mogę doczekać :)

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Ja, On, My... od 20 lat razem :)

7.07.1997


Dzień jak każdy inny. On zabrał mnie nad jeziorom- jechaliśmy mercedesem Jego taty, posiedzieliśmy, pogadaliśmy, jak zwykle, nic szczególnego. Byliśmy przyjaciółmi, opowiadał mi o swoim życiu, ja Jemu o moim. Nie był moim wyśnionym, wymarzonym. Kiedy dzwoniłam i prosiłam, żeby przyjechał po mnie o 3 w nocy na dyskotekę nigdy nie było problemu! Był zawsze, czułam się z Nim dobrze. Nie widziałam w Nim mojego chłopaka, a już na pewno nie męża! Robił dla mnie wszystko. Oczywiście podobało mi się. Przyjechaliśmy pod mój blok, odprowadził mnie do klatki i wtedy to się stało... zapytał czy będę z Nim chodzić! Aaaaaa... myślałam, że ucieknę! Jakoś tak chciałam spróbować i powiedziałam "TAK", dałam Mu buziaka w policzek i uciekłam do domu. Śmiech mnie ogarnia, jak sobie przypomnę, ale to było niesamowite. W domu długo leżałam w łóżku i nie mogłam dojść do siebie, rozpamiętując ten "namiętny" pocałunek :)


7.07.2017


Dwójka wspaniałych dzieci, cudowny dom, My- kochający się mocniej niż kiedykolwiek! Szalejący za sobą, jak młodzi. Kolacja w restauracji, dobre jedzenie, winko, kolorowe drinki, później wyjazd nad to samo jezioro- jak dwadzieścia lat temu. Niesamowite, jak ten czas leci. Mija wszystko bezpowrotnie, a MY jesteśmy, trwamy, kochamy się, kłócimy, godzimy, przytulamy, szczypiemy, gilgamy, całujemy...


I tak już na zawsze... do końca... RAZEM :)

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Nadchodzi godzina zero....

To już... zaraz... jeszcze tylko kilka godzin i ruszamy na lotnisko :) Brzuch mnie boli, w żołądku się kotłuje, podekscytowanie sięga zenitu. Strach nie pozwala niczego przełknąć! Co to będzie? A może się wycofać? Może jednak zrezygnować? Po co mi to?


Aaaaaaaa....


Przecież to moje marzenie- największe, najważniejsze, wyczekane :) Jutro o tej godzinie będę jechać żółtą taksówką przez Most Brookliński na Manhattan do naszego mieszkania :) Jutro będę oglądać inny świat, kosmos! Jestem ogromnie podekscytowana. Cudownie!


Walizki spakowane. Wszystko zabrane. Miejsce na to, co ewentualnie kupię na miejscu zrobione :) Wika w sumie więcej kupi niż zabiera ze sobą. Byłam u Niej, też podekscytowana, uśmiechnięta. Świetnie widzieć bliską osobą tak radosną, i ciepło się robi na sercu wiedząc, że to moja zasługa :) Uwielbiam dawać szczęście ludziom :)


Mam już kolejne pomysły, tym razem myślę nad prezentem dla męża na 40 urodziny, które będą za dwa lata :) to musi być jakaś petarda! I będzie :) Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli :)


Tymczasem ostatnie przygotowania i fruuuuu.... w marzenia :)

wtorek, 23 maja 2017

New York, New York- to już za 2 tygodnie :) yupiiii

Nie mogę uwierzyć! Trzęsę się już ze strachu przed lotem. Jak to będzie? Zastanawiam się. Jak wygląda lot? Czy moja głowa oszaleje? Czy wytrzymam tyle godzin? Mam nadzieję, że moja głowa nie zwariuje i nie zacznie myśleć- jestem wysoko, nic mnie nie trzyma przy ziemi, pode mną ocean, a jak coś się stanie i zaczniemy spadać? Tego boję się najbardziej- ataku paniki. Bardzo chciałabym mieć obok siebie mojego męża, który by mógł mnie przytulić, uspokoić. Czułabym się bezpieczniejsza. Niestety - nie pisałam tego, ale był dwa razy w ambasadzie i nie dostał wizy. Jest strasznie rozgoryczony, ja też. Kit ze straconą kasą, ale straciliśmy szansę na fajny czas, który moglibyśmy spędzić razem. Razem moglibyśmy przeżywać najpiękniejszą podróż życia. Szkoda, straszna szkoda. Ja jednak jestem gotowa na każde wyzwanie, byle mieć możliwość zobaczenia mojego ukochanego Mostu Brooklińskiego, Central Parku, Terminalu Grand Central i wielu innych wspaniałych miejsc.


Cały czas myślę- co jeszcze potrzebuję? Walizkę na bagaż podręczny zamówiłam, bo stwierdziłam, że lepiej mieć więcej miejsca do spakowania- może coś tam kupię to będę miała gdzie się spakować :) Ubezpieczenie- ważna sprawa. Najlepiej kwota bez limitu, żeby w razie czego mieć zabezpieczenie i nie musieć się martwić, że w kraju będzie trzeba zaciągać kredyt. Co jeszcze? Już chyba wszystko załatwione, kupione, zrobione.


Najgorsze, że w ostatnim czasie dzieje się tak dużo niedobrego. Na Times Square pijany/naćpany facet wjechał w tłum ludzi- nieciekawie, w Manchester Arena zamach terrorystyczny. Strach mnie oblatuje na samą myśl. Jestem jednak pełna optymizmu i wiary w to, że będzie dobrze. Przecież codziennie miliony ludzi latają po całym świecie. Przecież codziennie jeżdżę do pracy- na drodze różnie bywa. Każdy z nas ma swoje przeznaczenie. Myślę, że będzie dobrze. Już układam w głowie i rozpisuję w notesie gdzie i kiedy pójdziemy. Najlepsze jest to, że mamy załatwioną Magdę - przewodniczkę. Udało się zorganizować grupę sześciu osób do zwiedzania i nie musimy płacić 450$ za dzień, tylko 80$ od osoby :) Tym samym 8 czerwca będziemy zwiedzać Brooklyn w towarzystwie Magdy i kilku innych osób. Marzyłam o tym. Bałam się trochę sama jechać w tamten rejon, to jednak daleko z Manhattanu i mogłabym czasem metrem do Kanady dojechać :)


Nie, nie wierzę! Ja i Nowy Jork? Czy to prawda? Czy tylko sen? Może się zaraz obudzę i wszystko okaże się wielką ściemą?


Nieeeee, to prawda! Jadę... niebawem... już za chwilę :) Spełnia się! Największe marzenie mojego życia, najpiękniejszy sen.


wielkie jabłko

poniedziałek, 22 maja 2017

Zbigniew Wodecki nie żyje, kolejna ogromna strata :(

Dziś zrobiło mi się bardzo przykro, kiedy w pracy przeczytałam wiadomość o śmierci Zbigniewa Wodeckiego. To fantastyczny człowiek, wspaniały artysta. Ten głos, ta trąbka i skrzypce będą mi towarzyszyć zawsze. Uwielbiam Go. W tym roku mężowi na urodziny sprawiłam płytę z największymi przebojami Pana Wodeckiego.


Cóż... będzie grał tam- do góry, im będzie umilał czas dźwiękami trąbki i swoim cudownym głosem. Nam zostały Jego płyty i muzyka, która jest wieczna.


Ogromna strata. Żal. Smutek. Szkoda. Wielka szkoda.


"...do znajomych drzwi pukać myśląc czy,


czy nie stanie w nich czasami,


tamten chłopak ze skrzypcami..."


Ach... smutno :(


[*]


images

wtorek, 16 maja 2017

Pierwsza Komunia Święta Nikodema

Nadszedł maj- czas komunii. Ja również w tym roku uczestniczyłam w tym ważnym wydarzeniu. Nie mogę uwierzyć, że Niko jest już tak duży.


Przygotowywał się długo. Próby w kościele, uczenie modlitw, pieśni. Spotkanie z właścicielką restauracji, gdzie mieliśmy poczęstunek dla gości, alba, buty, koszula, garniturek. Biegania trochę było, ale warto. Owszem, wcześniej nie chodziliśmy do kościoła, nie byłam z siebie wówczas zadowolona. Jestem katoliczką, w tej wierze wychowana, od małego chodziłam do kościoła. Zawsze szłam do kościoła z chęcią. Śpiewałam w chórku kościelnym- jak sobie przypomnę to śmiać mi się chce. Ja- wtedy głos jak anioł, dziś już lekko zachrypnięty, żeby nie powiedzieć przepity :) Jako dziecko katolików mam wszystkie sakramenty- chrzest, komunia, bierzmowanie, no i był też ślub kościelny. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym żyć bez ślubu.


W dzisiejszych czasach niestety jestem trochę oderwana. Coraz więcej ludzi rezygnuje z sakramentów. Oczywiście niech robią co chcą, co im podpowiada intuicja, serce czy rozum. Ale bardzo nie lubię tekstów "a co ci kościół da?", nienawidzę! Jakoś nigdy w ten sposób do tego nie podchodziłam. Raczej chodziłam z potrzeby serca. Był taki czas, że przestałam chodzić. Nie przestałam wierzyć, nie! Po prostu zawsze miałam coś lepszego do roboty, nie miałam czasu, byłam leniwa. Jednak czułam, że czegoś mi brakuje. Niedziela zawsze kojarzyła mi się z kościołem. Bardzo mi tego brakowało. Ale komunia Nikodema wymusiła na mnie dyscyplinę i regularne wyjeżdżanie w niedzielę, żeby się pomodlić. Chcę, żeby moje dzieci też chodziły do kościoła. Dzieci są ochrzczone, Niko ma komunię i będą mieć wszystkie sakramenty. Wychodzę z założenia, że sakramenty niczego nie zmienią w ich życiu, po prostu będą je mieć. Jeśli wybiorą inną drogę w swoim życiu, inne wyznanie, to już ich sprawa.


Wracając do Komunii Świętej Nikodema- było pięknie- mimo deszczowej pogody. Trochę nerwów, bo pod znakiem zapytania był przyjazd wyczekiwanej chrzestnej z rodziną- na szczęście stan zdrowia Asi się poprawił i mogła przyjechać. Jeszcze nigdy nie cieszyłam się tak bardzo z sms'a o 6 rano. Wszyscy pięknie, odświętnie ubrani. Nikodem w białej albie, od rana skupiony. Dużo z Nim rozmawiałam o tym dniu. Mówiłam, że najważniejsze jest to, że przyjmie Pana Jezusa do swojego serca. Nie chciałam. żeby dla Niego w tym dniu liczyły się pieniądze i prezenty- nie na tym to polega! W kościele było bardzo uroczyście. Wszystko wyszło wspaniale. Po mszy pojechaliśmy do restauracji, gdzie czekała już cała obsługa i stoły pięknie przystrojone. Jedzenia było baaaardzo dużo. Najważniejsze, że goście najedzeni i zadowoleni. Nikodem dostał aparat od chrzestnej i pieniądze. Wszystkie torby z prezentami stały na specjalnie uszykowanym do tego stoliku. Nikodem wcale się nimi nie interesował. Widać wziął sobie do serca moje słowa. Jestem dumna z mojego mądrego syna. Było miejsce dla dzieci, gdzie mogły się bawić, porysować, usiąść przy stoliku i zjeść chipsów czy popcornu. Mimo brzydkiej pogody dzieci były cały czas zajęte. Była też bryczka i krótki przejazd dla dzieci. Jak wróciliśmy do domu pod wieczór byliśmy zmęczeni, ale bardzo zadowoleni. Nikodem nie dopytywał o kasę, bo wiedział co o tym myślimy. Za te pieniądze ma kupione płyty z grami na xbox'a i dostanie jeszcze hoverboard'a o jakim marzy. Powiedzieliśmy mu o tym- mocno nas przytulił i bardzo się ucieszył.


To był bardzo wyczerpujący dzień, ale wszystko się udało, więc możemy być z siebie zadowoleni. Cieszę się, że to już.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Matka- człowiek orkiestra

Mama to osoba, która kocha. Kocha bezgranicznie, stara się ogarnąć dom, obiad, sprzątanie, zakupy, dzieci, męża, pracę i.... wiele, wiele innych rzeczy. Moja mama zawsze ogarniała wszystko, co było związane z domem. Ogarnia zresztą do dziś. Zawsze myśli o nas- wszystkich swoich dzieciach i naszych rodzinach. Mama jest cudowną osobą, najlepszą, kochającą, pomocną. Nie wyobrażam sobie bez Niej życia. To najlepsza osoba na świecie, najlepsza jaką znam. Nie miała, nie ma łatwego życia, ale radzi sobie, mimo wszystko! Zawsze na pierwszym miejscu byliśmy my, na ostatnim Ona. Nawet jeśli mówiliśmy/mówimy, że ma zacząć o sobie myśleć, bo my już sobie radzimy, bo my już wyszliśmy z domu, Ona wie lepiej. Dla Niej nasze szczęście to priorytet i wiem, że tak będzie do końca. Wiem, że tak długo, jak starczy Jej sił będzie nam pomagać, dla nas gotować, pracować w moim ogrodzie (bo ja nie mam wiecznie czasu), opiekować się moimi dziećmi.


Mimo prawie 70-tki na karku trzyma się świetnie. Oczywiście boli Ją tu i ówdzie. Wspomaga się tabletkami, suplementami, wszystko po to, żeby mogła z nami być. "Kto ci te dzieci wychowa"- te słowa brzmią mi  w uszach cały czas. Mama rozumie, że my-rodzice musimy pracować, żeby zarobić na dom, kredyt i inne pierdoły, a Ona ma za zadanie, jako najlepsza babcia na świecie, opiekować się wnukami. Troszczy się o nich najlepiej jak potrafi. Mają wszystko co zechcą. Robi im najlepsze na świecie naleśniki, kluseczki, zupki, frytki, kotleciki, kanapeczki, popcorn. Babcia zaceruje skarpetki, zszyje dziurę w spodniach i bluzce, naprawi zabawki, uczesze lalki. Babcia z prawdziwego zdarzenia. Kocham Ją i uczę moje dzieciaki, że mają babcię kochać najbardziej na świecie, bo to Ona je wychowuje, to Ona uczy ich, karmi, kocha. Dziękuję Bogu, że Ją mam. Nie wyobrażam sobie życia bez Niej. Ona spaja całą rodzinę. ZŁOTA KOBIETA !!!!


A ja? Jaką ja jestem matką? Staram się. Wiem, że trochę nieudolnie mi to wychodzi, że za dużo biorę sobie na głowę, że staram się wszystko ogarnąć. Zdarza mi się wybuchać, bo staram się wszystko pozałatwiać a nie wszystko wychodzi jakbym chciała. Teraz jest taki czas kumulacji różnych spraw do załatwienia. Z uwagi na to, że mąż mój pracuje, żeby zarobić na lepszy byt, ja ogarniam. Mój mąż zastanawia się o czym ja tak myślę, dlaczego nie skupiam się na tym co mówi? A ja, tak sobie myślę, że komunia niedługo, trzeba kupić buty Nikodemowi, koszulę, spodnie, zmniejszyć albę, bo trochę za dużą zamówiłam, iść do kościoła z małym "komunistą", bo tata nie wie nawet, że takie spotkania są. Oczywiście mama musi ogarnąć strój córki, swój, pojechać do restauracji ustalić menu. Nikodem musi mieć zrobione badania okresowe, ja przygotowuję się do dodatkowych zadań, które czekają mnie w pracy, do wakacji życia w Nowym Jorku- sprawdzam w necie jak będziemy mogły spędzić czas, kupiłam karnety ze zniżką, rezerwuję wejścia do miejsc, które tego wymagają, przygotowania idą pełną parą. Ogarniam dom, pracę, dzieci, lekcje, testy kompetencji, dodatkowe zajęcia dzieci, pranie, sprzątanie, ogród. Powoli czuję, że mi czacha dymi. Czuję, że jest tego coraz więcej i czekam na chwilę oddechu. Ale podobnie jak moja mama kocham moją rodzinkę najbardziej na świecie i wiem, że dla nich zrobię wszystko. To moje życie, moja miłość.


MATKA JEST TYLKO JEDNA :)

poniedziałek, 27 marca 2017

"Zmiany w życiu" portal dla kobiet, które nie boją się zmian

logo


Każdy z nas ma swoje życie. Każdemu w pewnym stopniu odpowiada to, jak żyje. Każdy układa życie według własnych zasad i potrzeb. Żyjąc z dnia na dzień nie dostrzegamy, że czas mija nieubłaganie, że pewne rzeczy nam uciekają. Kiedy "budzimy się" z letargu spostrzegamy, że coś nas ominęło, że nasze życie nie wygląda tak, jakbyśmy tego chcieli. Zaczynamy rozumieć, że nasze marzenia rozpłynęły się gdzieś daleko, że zawładnęła nami codzienność. Wtedy zaczyna się dla nas i naszego otoczenia trudny czas. Dlaczego? Bo zaczynamy sobie zdawać sprawę, że nie ułożyło się po naszej myśli, że nasze dawne marzenia, ideały schowaliśmy głęboko i o nich zapomnieliśmy. Przestajemy rozumieć otoczenie, a otoczenie przestaje rozumieć nas. Zaczynamy być roszczeniowi, chcemy zmian, przestajemy rozumieć swoich najbliższych. Dochodzi do kłótni, wyrzucania sobie, że nasze życie nie wygląda tak, jak miało wyglądać.


Życie to pasmo różnych splotów wydarzeń, różnie bywa. Każdy z nas jest kowalem własnego losu, choć w codziennej pogoni za pieniądzem, szczęściem, dobrym partnerem zapominamy o sobie. Kiedy pojawia się dom i dzieci zazwyczaj zapominamy o tym, co było dla nas ważne, na czym nam zależało i co chcieliśmy osiągnąć.


"Nigdy nie rezygnuj z osiągnięcia celu tylko dlatego,


że osiągnięcie go wymaga czasu.


Czas i tak upłynie"


Wychodzę z założenia, że należy myśleć o sobie, pamiętać o swoich marzeniach. Wówczas nie zaskakujemy swoich bliskich nagłymi zmianami.


Kiedyś szukając informacji, inspiracji znalazłam w internecie stronę, którą czytam namiętnie. Zmianywzyciu.pl to strona pełna świetnych sentencji, trafionych cytatów. Mnóstwo w niej interesujących felietonów, artykułów. Każdy może znaleźć coś dla siebie. Pełno w niej porad i informacji. Strona stworzona przez kobiety dla kobiet, dająca nadzieję. Przede wszystkim to strona dla kobiet, które nie boją się zmian i chcą je w swoim życiu wprowadzić. Można zakupić książki, które zawierają odpowiedzi na wiele pytań i dają motywację do zmian. Wszystkie artykuły pisane są przez ekspertki w swoich dziedzinach. Panie piszące do "zmian" to specjalistki z dziedziny HR, psychologii, szkoleń, żywienia, są wspaniałymi coachami. Dlatego mogę z czystym sumieniem polecić tą stronę, ponieważ wiem, że traficie w dobre ręce. Zajrzyjcie tam czasem. Oczywiście strona dostępna jest również na Facebook'u:  https://www.facebook.com/ZmianywZyciu/?fref=ts


"Jedną z najsmutniejszych rzeczy w życiu jest dotrzeć do jego kresu, obejrzeć się z żalem za siebie i stwierdzić, że mogłeś być kimś lepszym, dokonać więcej i mieć więcej." Robin Sharma


Polecam :)

czwartek, 23 marca 2017

"Podejmij wyzwanie" Tara Mohr- polecam dla kobiet, które chcą odmienić swoje życie

Tara Mohr- bardzo mądra kobieta. Ekspert z dziedziny motywacji i przywództwa. Napisała książkę dla nas-kobiet, które nie wierzą w siebie. Kobiety nie mają takiej pewności siebie jak mężczyźni. W większości jesteśmy perfekcjonistkami i jeśli nie mamy do czegoś odpowiednich kwalifikacji i doświadczenia, nie podejmujemy się tego. Faceci nie mają tego typu problemów.


Książka pokazuje nam w bardzo prosty sposób działanie mechanizmu, który hamuje nasz potencjał. Nasz "wewnętrzny krytyk" cały czas uświadamia nam, że nie podołamy nowym zadaniom, że nie jesteśmy kompetentne, zdolne, mądre. Kompletnie sobie nie ufamy. Nie ufamy swoim odczuciom, intuicji. Niestety problemem wielu kobiet jest to, że nie mają kompletnie pewności siebie, nie wierzą we własne możliwości. Książka powoduje, że zaczynamy na serio myśleć "Kto jak nie ja?". Autorka przekonuje, że dopuszczając do siebie głos "wewnętrznego mentora" jesteśmy w stanie osiągnąć bardzo wiele.


Polecam tą książkę osobom, które chcą zacząć realizować swoje marzenia, ale się boją. Chcą dokonać zmian w swoim życiu, ale boją się zrobić ten pierwszy krok. Kobiety mają coś takiego w sobie, co powoduje, że działają asekuracyjnie, starają się nie wychylać, bo po co. Każda obawia się wyśmiania, komentarzy i negatywnych ocen. Autorka motywuje do tego, żeby zajrzeć w głąb siebie, odnaleźć wewnętrznego mentora. Zachęca do wsłuchania się w siebie. Podaje nam wiele wskazówek, praktycznych porad, ćwiczeń, które każda z nas może wykonać i przekonać się, że ogranicza nas tylko nasze własne myślenie o sobie. Zacznijmy w siebie wierzyć. Zacznijmy wierzyć w swoje możliwości, doświadczenie, ufajmy sobie- swojej intuicji.  Dzięki temu zaczniemy żyć i spełniać marzenia.




Gorąco polecam :)

piątek, 3 lutego 2017

Spełnianie marzeń część II :)

Kolejny etap mojej wyprawy po marzenia :)


Wczoraj przyjechał kurier, doręczył paszport z wbitą wizą, sprawdził czy wszystko się zgadza, odebrał 24 zł za dostawę i już. Najważniejszy dokument, o którym marzyłam latami mam.


Teraz zostało najlepsze- rezerwacja biletów lotniczych i noclegu. Strona Lot.pl i szukam. Na 24 czerwca ceny są niestety dość wysokie. Od 2800zł w górę. Telefon do mojego brata i bratowej, co robimy? Ceny wysokie, więc co dalej? Postanowione, zmieniamy termin. Lecimy 6.06 wracamy 14.06, bilet 2100zł. Nie jest źle. Lot, wylot z Warszawy do NY lotnisko JFK bezpośrednio. Załatwione. Zapłacone.


Kolejna rzecz to nocleg. Szukam na booking.com, ale tam same pokoje hotelowe, ceny wygórowane, a szału nie ma. Niby cena w porządku, ale okazuje się, że koszty dodatkowe są kosmiczne, więc rezygnuję. Zostaje wynajęcie pokoju w AirBnb.com. To polecana strona, sprawdzenie wynajmujący, więc nie ma strachu, że coś jest nie tak. Wpisałam interesujące mnie lokalizacje i sprawdzam. A to pokoje współdzielone, a to bez łazienki! Niektóre lokalizacje w takich miejscach- niby bezpieczne, ale jakoś mam strach. Po głowie cały czas chodzi Brooklyn, bo Manhattan jest pewnie cenowo nieosiągalny. Aż tu nagle jest- coś dla mnie. Środek Manhattanu- East Village. Dobra lokalizacja, pokój w porządku, wyjście na dach budynku, z którego rozciąga się najlepszy widok, jaki tylko można sobie wymarzyć. Biorę! To jest to! Cena całkiem, całkiem- 3021 ze zniżką na 2 osoby. Szczęśliwa jestem niesamowicie. Nic tylko rezerwować, płacić i lecieć. Robię wszystko, jak każą na stronie. Wpisuję dane z karty do zapłaty i nic! Karta jest błędna. Cholera jasna- jak ja tego nie opłacę i mi przepadnie to chyba komuś stanie się krzywda! Cała w nerwach. Potrzebna jest karta kredytowa, szukam kogoś w pracy kto może mi użyczyć swojej karty kredytowej a ja kasę oddam. Nikt nie ma. Ciśnienie rośnie. Nerwy. Cały czas jestem na łączach z bratem. Brat był już nawet w banku, żeby załatwić kartę, ale trzeba czekać tydzień! Póki co jest problem. Walczyłam jak lwica, ale niestety nic nie mogłam zrobić. Jadąc do domu z pracy doznałam olśnienia! A może mam limit na płatności na karcie??? :) I oczywiście to był strzał w dychę! W domu szybko zwiększyłam limit na operacje internetowe i poszło! Zapłacone. Teraz tylko czekać na ten dzień.


Skarbonka rozbita- kasę trzeba wymienić póki kurs dolara dobry. Kontaktowałam się z Magdą z littletownshoes.com - polską przewodniczką, którą chciałam wynająć na jeden dzień, żeby nam pokazała najlepsze miejsca na Brooklynie. Musimy jednak poczekać, ponieważ dzień z Magdą to 450$, więc jak się uzbiera ekipa i koszty się rozłożą wtedy wrócimy do rozmowy.


Ale emocje! :) Jednak to wszystko idzie w dobrym kierunku :)


Marzenia się spełniają- wspominałam już o tym?? :)

środa, 1 lutego 2017

Spełnianie marzeń część I :)

Czy już pisałam o moim największym marzeniu??? Taaaak, to wyjazd do Nowego Jorku :) Jestem zdecydowana jechać, dlatego podjęłam odpowiednie kroki. Wszystko oczywiście solidnie przemyślałam. Mam na wszystko plan.


ROZPOCZYNAM REALIZACJĘ !!!


Na stronie Ambasady Stanów Zjednoczonych https://pl.usembassy.gov/pl/ jest dostępny druk DS-160, który należy wypełnić. Warto mieć paszport, z którego potrzebne są pewne informacje. Cały druk jest w języku angielskim, wypełniamy bez polskich znaków. Piszemy całą prawdę, bez ściemy. Odpowiadamy na kilkadziesiąt pytań, niektóre strasznie irytujące, ale trochę cierpliwości i można przez to przebrnąć. Musimy się przyznać czy jesteśmy terrorystami czy może nie, czy braliśmy udział w handlu ludźmi, narkotykami, innymi używkami. Czy handlujemy bronią atomową i tak dalej, i tak dalej. Ale wszystko jest do przejścia. Z pewnością należy ten druk wypełniać w ciszy i skupieniu. Po wypełnieniu wszystkich stron należy wczytać zdjęcie, które ma ściśle określone parametry, więc należy najpierw udać się do rozgarniętego fotografa, który będzie wiedział jak ma wyglądać zdjęcie do wizy amerykańskiej (na stronie oczywiście wszystkie parametry są podane). Jeśli nie mamy zdjęcia do wczytania do druku to system przepuści nas dalej, ale zdjęcie należy mieć podczas wizyty w Ambasadzie, ewentualnie zrobić na miejscu- jest budka, w której za 20zł można zdjęcie zrobić. Na końcu wypełniania pojawi się strona z kodem kreskowym, którą należy wydrukować i mieć przy sobie podczas wizyty w Ambasadzie.


Kiedy już mamy wypełniony formularz możemy zarejestrować się na stronie  https://cgifederal.secure.force.com/  i tu tworzymy swój profil. Potrzebny będzie numer CGI, który został nadany podczas wypełniania formularza DS-160. Strona umożliwi nam zapłatę za wniosek na wizę (160$). Płacimy w złotówkach, na stronie kwota zostanie przeliczona według ich przelicznika. Wybieramy opcję płatności- karta, przelew- co nam odpowiada. Na przelewie w tytule należy wpisać nasz numer CGI. Kiedy już pieniądze zostaną odnotowane w Ambasadzie, wówczas możemy umawiać się na spotkanie. Zapewne na drugi dzień pojawi się już wpłata i będzie można dokończyć formalności na stronie. Termin można sobie wybrać, w zależności od tego jaki nam pasuje. Potwierdzenie umówienia spotkania drukujemy i w wyznaczonym terminie jedziemy do Ambasady.


Dziś właśnie wypadł dzień mojego spotkania. Razem z bratanicą, z którą mam jechać do NY pojechałyśmy do Warszawy. O 9.30 stałyśmy już pod Ambasadą- ja umówiona na 9.45, Wika na 10.30. Czeka się niestety na zewnątrz w kolejce, która nie była aż tak długa, więc te -6 stopni nie dało się aż tak bardzo we znaki. Do środka zaprasza sympatyczny pan, który bierze od nas paszport, każe się rozebrać (oczywiście tylko wierzchnie okrycie), poleca zdjąć pasek i zegarek. Następnie przechodzi się przez bramkę do wykrywania metali, mnie cofnęli, bo zaczęło pikać- kolczyki! Zdjęcie ich wystarczyło. Wchodzi się dalej, idzie się korytarzem, kolejne drzwi otwierane przez strażnika. Wszędzie strzałki i informacje gdzie się udać. Schodzi się w dół, tam czekają dwaj panowie, biorą paszport, dokumenty DS-160 i potwierdzenie umówienia spotkania oraz zdjęcie (to obok tych panów jest budka foto). Na paszport naklejają etykietę z naszym nazwiskiem oraz numerek, według którego poruszamy się w dalszej części naszej wizowej podróży. Dalej czekamy w kolejce do okienka 1 do 4. Ja podeszłam do okienka nr 1. Pan-Polak wypytał o nazwisko, w jakim celu jadę do USA i skierował mnie dalej do okienka 5 lub 6. Tam chwilę czekania i mój numerek 080 pojawił się na tablicy do okienka nr 6. Podeszłam, siedzi przemiła Amerykanka, prosi o odciski palców, z prawej stoi czytnik, Pani instruuje co po kolei robić. Pięknie dziękuje i każe przejść dalej. Siadam i czekam na swoją kolej. Wreszcie podchodzę do okienka, w którym siedzi kolejna miła osoba, tym razem Amerykanin. Pyta w jakim celu jadę do USA, kto to jest Wika, czy kogoś mamy w USA, dlaczego mąż nie jedzie, czy mamy dzieci! Po czym z uśmiechem oznajmia, że wiza została przyznana i życzy miłego pobytu w Stanach Zjednoczonych. Paszport zostaje zatrzymany, a ja otrzymuję potwierdzenie przyznania wizy. Przeszczęśliwa udaję się do poczekalni, czekam na Wikę. Zostaje wywołana do tego samego Amerykanina, znowu pytania- w jakim celu, z kim, czy ciocia dostała wizę, skąd pieniądze na wyjazd, co robią rodzice, czy była w USA, czy była poza Polską. I ten sam przemiły Amerykanin oświadcza, że wiza została przyznana i życzy miłego pobytu. Wika odchodzi z ogromnym uśmiechem na twarzy, a ja puszczam kciuki, które cały czas trzymałam. Myślałam, że każdemu przyznają, ale zrozumiałam, że to nie tak kiedy kilka osób odchodziło z paszportem w ręku.


Wszystkiego najlepszego z okazji 18-tych urodzin Wika :) wiem, że to dopiero w maju, ale prezent już masz :) teraz kolejny etap- bilet lotniczy, pokój na Brooklynie i fruuuu......


AHOJ PRZYGODO :)