Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pieniądze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pieniądze. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Pomaganie jest fajne :)

Lubię pomagać, wiecie o tym.

W tym roku, jak zwykle wysłałam mały upominek Wiki. Kupiłam Emmę, jednego z TVN-owskich misiów (w sumie Pola chciała na Mikołaja, ja chciałam dorzucić troszkę na potrzebujących- dwie korzyści). Niestety nie zdążyłam dorzucić się do Szlachetnej Paczki, do której co roku coś dorzucam.


W tym roku jednak miałam możliwość pomocy konkretnemu dziecku z domu dziecka. W pracy koleżanka zorganizowała pomoc dla jednego z poznańskich domów dziecka. Każdy, kto miał ochotę pomóc mógł wybrać dziecko i zrobić mu prezent, o którym dziecko marzy. Dla mnie to było bardzo wzruszające. Wybrałam Oliwkę 8 lat, której marzeniem była lalka z "Krainy Lodu". Temat mi bliski. Pola uwielbia "Krainę Lodu" i ma już prawie wszystko z motywem tej bajki. Pomyślałam, że fajnie będzie zrobić dziecku prezent, który sprawi, że w tym smutnym życiu spotka ją coś, co zapamięta miło. Wiedziałam od razu, że prezent dla Oliwki to nie będzie tylko lalka. Chciałam, żeby dostała coś więcej.


Muszę powiedzieć, że zrobiło się naprawdę miło, kiedy okazało się, że wszystkie karteczki z imionami dzieci zostały zabrane. To oznaczało, że wszystkie dzieci otrzymają wymarzone prezenty :) Przełożeni zaproponowali, żebyśmy podzielili się zespołami i w kilka osób zrzucili się na prezent dla danego dziecka. To był strzał w dychę! Nasza Oliwka dostała oprócz ukochanej Elsy w grającej sukni, kredki, słodycze, pamiętnik, ozdoby, gumki do włosów, plecak do szkoły, piórnik z wyposażeniem, ubrania, a wszystko to zapakowane w pojemnik i zawiązane kokardą. Chciałabym bardzo widzieć minę Oliwki, chciałabym wiedzieć Jej reakcję. Ryczę na samą myśl, jak będzie się cieszyć. Nie dociera do mnie, że są dzieci, które nie mają domu, których rodzice ich nie chcą. Jakim trzeba być człowiekiem? Czy to jeszcze ludzie?


Wyobrażacie sobie, jak wygląda Wigilia w domu dziecka? Potraficie ogarnąć umysłem co czują dzieci tam przebywające? Jakie mają marzenia? Oliwia chciała lalkę z "Krainy lodu", 3-letnia dziewczynka chciała bransoletkę, kolejna chciała dres, chłopiec chciał puzzle!


Pola widząc to wszystko, co Oliwia miała dostać była zachwycona, oczka dosłownie Jej się świeciły, oglądała wszystko, jakby niczego nie miała. Wytłumaczyłam Jej co to za dziewczynka, że nie ma domu, nie ma rodziców. Powiedziałam Jej, że Oliwia nie ma nikogo, kto mógłby Jej zrobić prezent. Mała ma niespełna pięć lat, a zrozumiała to od razu. Nie musiałam Jej niczego powtarzać, nie było krzyków, ryków, tylko zrozumienie. Opowiadała wszystkim dla kogo to zabawki, uczestniczyła w pakowaniu. Niko nie, ale pytał o co chodzi, też chciał wiedzieć i musiałam mu opowiedzieć o domu dziecka. Mam nadzieję, że moje dzieci zapamiętają te lekcje, że będą wspominać jak wspólnie pomagaliśmy innym ludziom i sami będą pełni empatii.

niedziela, 3 grudnia 2017

Rozwody...separacje...rozstania...smutna rzeczywistość

Nie nadaję się do aktualnego świata! Jestem przekonana, że powinnam żyć w innych czasach- w czasach romantyzmu. Nastał taki okres, że ludzie masowo się zdradzają, rozstają, żyją jak chcą. Każdy myśli o sobie, każdy chce zająć się sobą, patrzeć na siebie. W dzisiejszym świecie nie zwraca się już takiej uwagi na drugiego człowieka, na partnera, na męża. Co się liczy? JA! Muszę mieć czas dla siebie, żeby się zrelaksować, żeby pobyć ze sobą. A gdzie miejsce dla rodziny, dla tej drugiej połowy? Spełniamy swoje marzenia, realizujemy swoje plany. Jak to jest? Co się stało z tym światem?


Wszędzie pełno tragedii, jak nie zabójstwa, samobójstwa, to gwałciciele, pedofile, ludzie znęcający się nad dziećmi, żonami, mężami, zwierzętami. Ja się wypisuję z takiego świata. Ja się boję!


Nie powiem- chcę realizować swoje marzenia, mam do zrealizowania swoje plany, ale... no właśnie jest takie małe "ale"- to moja rodzina. Nie, nie ograniczają mnie w żadnym stopniu. To nie tak, że mam rodzinę, która zakazuje mi pewnych rzeczy. Ja sama wiem, że mogę marzyć o mieszkaniu w innym miejscu, innym kraju, ale są pewne sprawy, które trzymają mnie tutaj. Gdybym chciała pracować gdzie indziej musiałabym rozstać się z moją rodziną, a tego bym bardzo nie chciała. Mogę wyjeżdżać, żeby na przykład zobaczyć Nowy Jork, ale najlepiej gdyby moi bliscy byli ze mną- pokazałabym im o co chodzi. (Oczywiście w planach jest rodzinny wyjazd na wakacje do NY :) Myślę o tym, że możemy robić coś razem, że możemy przeżywać piękne chwile wspólnie- razem- całą rodziną.


Kiedyś usłyszałam, że po tylu z moim mężem jesteśmy jak brat z siostrą! Co za bzdura! Jesteśmy razem od 20 lat, znamy się bardzo dobrze, znamy swoje myśli, reagujemy podobnie na pewne rzeczy. Śmiejemy się z tych samych żartów. Jest nam bardzo dobrze razem. Mało tego- jest coraz lepiej! Wiem, że wielu nasze szczęście kłuje w oczy, ale to nie mój problem. Wiem, że wielu myśli, On ma przerąbane, tyle czasu z jedną "babą", a nam tak dobrze. Jestem przekonana, że Jemu jest z tym dobrze, a to dlatego, że nie zaniedbałam się po ślubie, po urodzeniu dzieci. Staram się cały czas wyglądać coraz lepiej, robić wszystko, żeby w domu było miło, żeby nasze życie było kolorowe. I to się póki co udaje. Staram się "ogarniać" jak najwięcej rzeczy, bo wiem, że mąż ma dużo na głowie i nie byłby w stanie zapamiętać wszystkiego. Kto gotuje w domu, kto zajmuje się dziećmi, kto sprząta, kto odrabia lekcje z synem, kto przygotowuje potrzebne rzeczy do szkoły i przedszkola, kto chodzi na zebrania, kto płaci rachunki? Ja. Mimo, że chodzę do pracy, to wiem, że jestem w stanie zrobić to lepiej, oczywiście swoim zwyczajem mam wszystko zapisane. Wiem co, kiedy i gdzie.


Wiele osób dziwi się, jak można tak wytrzymać. Jak można mieć taki banalny podział, kobieta -dom, dzieci, gary, mężczyzna- praca i wszystko co wokół domu. Dla mnie to normalne. Nie ma u nas kłótni, nie ma zbędnych rozmów. Nie ma fochów. Za to są rozmowy, jeśli jest problem mówimy sobie wprost o co chodzi. Szkoda czasu na ciche dni i bezsensowne "domyśl się".


Nie wiem czy znalazłam receptę na udane małżeństwo i szczęśliwe życie. Wiem jedno- my jesteśmy szczęśliwi. Mam nadzieję, że tak będzie już zawsze.

niedziela, 19 listopada 2017

Diana- księżna ludzkich serc

Co można robić w taki wieczór? Dzieci, mąż już śpią a ja z lampką wina oglądam jakieś pierdoły w TV. Trafiam na program poświęcony księżnej Dianie. Wywiad rzeka. Sama Diana opowiada w tym programie o swoim życiu. Mówi dużo. O życiu, rodzinie, mężu-tym brzydalu księciu Karolu, o dzieciach, o bulimii, z którą zmagała się aż do tragicznej śmierci. Opowiada o romansie męża z Kamilą, o tym jak odważyła się z nią o tym porozmawiać. Bardzo dużo bólu w tej rozmowie. To straszne.


Każdy z nas patrzył na to z boku, każdy podziwiał, zazdrościł i myślał- życie w królestwie musi być strasznie fajne, ekscytujące, pełne wspaniałych podróży, spotkań z ciekawymi ludźmi. Z tego, co mówiła Diana jej życie było pełne bólu, rozterek, rozmyślań, płaczu. My widzieliśmy tylko i wyłącznie splendor, bogactwo, uśmiech przyklejony do twarzy Diany i Karola. Później okazało się, że to nie było szczere, że to praktycznie była fikcja.


Ile jest takich historii??? Pewnie całe mnóstwo. Jednak przy tej kolejny raz popłakałam się jak dziecko. Kiedy zobaczyłam mnóstwo kwiatów pod pałacem po Jej śmierci, kiedy kolejny raz pokazali Jej pogrzeb i dzieci idące za trumną ukochanej mamy. Przy trumnie koperta z napisem "Mummy". Nawet nie próbuję sobie wyobrazić co musiał czuć Wiliam czy Harry. Potrafili się zachować nawet w takiej sytuacji- książęce dzieci- tak wychowane! A co było w ich sercach?


Diana była cudowną, szczerą, piękną osobą. Taką ją zapamiętam na zawsze.

Święta, Święta .... już niedługo :)

Cieszy mnie ten właśnie okres, ten czas, kiedy jeszcze nie grudzień a już są reklamy, wszędzie oznaki zbliżających się świąt. Lubię to.


Święta mamy tylko kilka dni. W tym roku niefortunnie wypadają w weekend! Dlatego mnie cieszy ten czas przed świętami, kiedy wszędzie możemy oglądać padający śnieg, prezenty, rodzinną atmosferę. Uwielbiam właśnie te święta. Lubię piec pierniki, ubierać choinkę, robić z dziećmi ozdoby choinkowe. Kiedy ma się dzieci te wszystkie rzeczy, przygotowania nabierają innego wymiaru, mają inną moc.


W tym roku troszkę wcześniej, ale nie ma na co czekać- prezenty już są :) na niektóre jeszcze czekam. Dla dzieci, dla męża. To są te osoby, najważniejsze, którym chcę zrobić przyjemność. Jak co roku, w wigilijny poranek dzieciaki obudzą się wcześniej, zejdą na dół, pod choinką będą czekały prezenty od Gwiazdora :) Przybiegną do naszej sypialni, obudzą nas krzykiem, że są prezenty, że Gwiazdor już był. Uwielbiam to. I to rozpakowywanie. I ten zachwyt :) Uwielbiam tą dziecięcą radość, taką szczerą :) Co roku staram się też pakować prezenty w papier, nie w torby, bo rozrywanie papieru jest niesamowite, widzę w tych małych dziecięcych oczkach tą ciekawość, co tam może być :) I to "Mamo zobacz, to jest to o czym marzyłem/marzyłam" :) No ale Gwiazdor wszystko wie, bo ma kamery w lampach i cały rok obserwuje czy są grzeczni :) Ech...


Święta tuż tuż... Kewin...śnieg...reklamy...dzwoneczki...saneczki...Mikołajki... i George Michael - jeszcze nie słyszałam! Nie może być!


A Wy??? Macie już prezenty? Jest już późno, więc radzę już zamawiać, kupować, bo później będzie już tylko gorzej :)


Znalezione obrazy dla zapytania święta bożego narodzenia 2017

niedziela, 20 sierpnia 2017

Regaty o puchar Kłoskowa 2017 :)

Sobota, 19.08.2017r.  godz.14:00


To mój pierwszy raz. Zawsze bałam się pływać, bo mam chorobę morską. Przed startem obawiałam się, że mogę nie podołać. Ale w Nowym Jorku płynęłam promem, to może i tym razem dam radę? Usiądę na zewnątrz, bo w środku głowa może zwariować. Kolejny raz przekonałam się, że to chyba jakieś moje fanaberie! Wsiadłam na łódź i o dziwo nic mi nie było! Głowa nie wariowała, nie kręciło mi się, nie było niedobrze! Nawet winko sobie popijałam i nic mi nie było. Może już mi minęło? Powiem szczerze, bardzo mi się spodobało. Stwierdzam, że to może się podobać. Było niesamowicie. Płynęliśmy 2 godziny. Oczywiście była rywalizacja, ale taka zdrowa. Nie mieliśmy parcia. Te regaty organizowane są przez prywatną osobę- Pana Kłosa (stąd nazwa "Regaty o Puchar Kłoskowa"). I meta jest właśnie u tego Pana. Zacumowaliśmy przy pomoście i poszliśmy zobaczyć cudowną posiadłość. Już z wody widać było piękną roślinność, świetnie utrzymany ogród. Przeszliśmy ogród dookoła. Różnorodne rośliny, drzewa, przepięknie utrzymana trawa- dosłownie dywany. Gdzieś wśród roślinności ukryte jacuzzi, sauna, winiarnia, ogromny staw z plażą i placem zabaw dla dzieci (żałuję, że dzieciaki nie popłynęły z nami). Świetna impreza przy ognisku, z szantami (choć nie lubię, to jakoś nie przeszkadzał mi śpiew Komandora). Oprócz kiełbaski, można było napić się różnego rodzaju alkoholi i soków. Było świetnie. Już dawno nie byłam na tak dobrej imprezie. Wypływaliśmy o 22:00, więc już było ciemno, do tego braliśmy dwie łodzie na hol. Niesamowite uczucie. Po drodze okazało się, że jeszcze jedna łódź stoi na jeziorze i potrzebuje holu, więc odprowadziliśmy łodzie, które mieliśmy na holu do przystani i popłynęliśmy po tamtą. Było świetnie :) Myślę, że będę częściej bywalczynią na łodzi, a może zacznę brać udział w regatach? :)


Się zobaczy :) Miłego dnia :)

wtorek, 15 sierpnia 2017

Wakacje :)

Po moim powrocie z Nowego Jorku pierwsze co powiedział mój mąż to... "koniec wakacji, nie mamy pieniędzy!" Nie wiedział jeszcze, że ja już miałam w głowie kilka pomysłów. Na pomoc przyszedł mi jak zwykle internet. Dostałam kilka maili z travelist z atrakcyjnymi ofertami w różnych miejscach Polski. Popatrzyłam, pomyślałam, zrobiłam biznes plan :) policzyłam i wyszło mi, że jestem w stanie coś tam uzbierać. Nie wierzę już w teksty "nie mamy pieniędzy". To znaczy, jak się o tym nie myśli i nie ma się planu to oczywiście można by tak powiedzieć. Nie po to zaczęłam dodatkowo zajmować się szkoleniami w pracy, brać dodatkowe rzeczy, żeby teraz mówić, że nie mam pieniędzy.


Obejrzałam oferty. Morze- nie bardzo, mąż nie chce. Góry- hmmm... Szklarska, Karpacz - powiało nudą, a ceny trochę za wysokie. I nagle jest! Oferta dla rodzinki z Białce Tatrzańskiej za 1945zł, z wyżywieniem! Zadowolona dzwonię do męża, po drugiej stronie kabla cisza. Nie jest zadowolony. Wytłumaczyłam mu jednak, że dzieci nie były na wakacjach, Jemu też przyda się wypoczynek, bo cały rok pracuje i musi mieć choć chwilę odpoczynku. Po dokładnym zapoznaniu z ofertą okazało się, że to jednak nie to. W zamian znalazłam nową ofertę w Białce za 1500zł z wyżywieniem :) 100 metrów od Term Bania. To jest to! Zarezerwowane, wpłacona zaliczka i można się pakować :) Później na booking.com znalazłam też hotel na jedną noc w Krakowie, bo tam jeszcze nie byliśmy, a szkoda byłoby być tak blisko i nie skorzystać. Pozwiedzamy i wrócimy do domku wypoczęci ;)


Już się nie mogę doczekać :)

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Nowy Jork dzień III :)

Piątek 9.06.2017r.

Zmęczone po wczorajszych wojażach na Brooklynie wstałyśmy nieco później :) Nie chce się wstawać - zmęczenie jest ogromne. Nie mówię o jakiś niedogodnościach, które są związane ze zmianą czasu, bo na to nie miałyśmy nawet czasu. Ale w końcu przyjechałyśmy tu tylko na tydzień, więc mamy tylko kilka dni na zobaczenie wszystkiego, co dla nas zaplanowałam- a trochę tego jest :)


W ten dzień zaplanowałam Muzeum Historii Naturalnej- uwielbiam "Noc w muzeum"! I ja tam? Ależ byłam podekscytowana! Muzeum zlokalizowane naprzeciw Central Parku, dość daleko od naszego miejsca zamieszkania, ale w końcu mamy metro i jesteśmy już takie "obyte". Przepiękny, stary, ogromny budynek. Na wejściu szkielety dinozaurów. Pełno ludzi. Mimo, że miałyśmy karnety City Pass to musiałyśmy stać w kolejce, ale to nic. Mogłyśmy wybrać sobie seans w kinie w Muzeum. Poza tym mogłyśmy się rozejrzeć, zobaczyć jak w środku jest pięknie. Zwiedzanie zajęło nam kilka godzin, aż nas nogi rozbolały. Trochę się różni od tego, co było w filmie- nie było tego gościa na koniu, co go grał Robin Williams! :) Kilku innych rzeczy też nie było! Ale za to.... byłam w MUZEUM HISTORII NATURALNEJ W NOWYM JORKU!!!! Mojego szczęścia nie było końca. Narobiłam tyle zdjęć, że samo oglądanie mnie znudzi i na samą myśl o tym muzeum będzie mnie mdlić! :)


Po wyjściu z Muzeum poszłyśmy sobie kupić Smoothie, drogie bo aż 7$, ale za to przepyszne, robione na miejscu przy mnie, z owoców przeze mnie wybranych. Poszłyśmy spacerkiem do Central Parku. Piękny, fantastyczny Central Park. Dający schronienie wiewiórkom, ludziom chcącym wypocząć, pojeździć na rolkach, rowerze, pograć w różne gry zespołowe, porozmawiać ze znajomymi, albo po prostu dający odpoczynek każdemu kto chce chwili z dala od zgiełku ulicy, wieżowców, klaksonów. Wspaniały park, najpiękniejszy jaki widziałam. Ogromny! Szłyśmy i szłyśmy, i nie było końca. Mniej więcej orientowałam się gdzie możemy być, ale wszędzie są dróżki, kręte, skręcające to w jedną to w drugą stronę. Co chwilę piękne mosty, mosteczki, stawy- mniejsze, większe, pełno ludzi w łódkach. Zza drzew wystające budynki, a w parku cisza, tylko co jakiś czas grający ludzie- to na skrzypcach, na saksofonie, trąbkach, gitarach. Cudownie :) Aż się chciało cieszyć i uśmiechać do wszystkich. Najpiękniejsze widoki. Próbowałyśmy trafić do ZOO, ale niestety nie udało nam się- trochę kiepskie oznakowanie w parku (praktycznie drogowskazów nie było), a mapy ZOO w kilku miejscach. Miałam jeszcze kilka miejsc zaplanowanych, więc poszłyśmy dalej. Szybka sesja zdjęciowa przez hotelem Plaza (tam, gdzie Kevin był sam w Nowym Jorku ) :)


Kolejnym miejscem był taras widokowy Top Of the Rock w Rockefeller Center. Chciałam zobaczyć Central Park z góry. Na wejściu zwisające z sufitu kamienie Swarovskiego, w słońcu pięknie się mieniły- zrobiłam piękne zdjęcie na ich tle. Z tarasu Top of the Rock jest najlepszy widok. Rzeczywiście chodziłam jak zaczarowana. Musowo zrobione zdjęcia na tle Central Parku. Pochodziłam dookoła i zrobiłam zdjęcie Empire State Building, WTOne, całej okolicy i poszłyśmy dalej zwiedzać. Szłyśmy Piątą Aleją, podziwiałyśmy piękne sklepy, obowiązkowo zajrzałyśmy do salonu Victoria's Secret. Ogromny sklep, 3 piętra. Na wejściu stoi pan, który wpuszcza klientów. W środku przepiękne zdobienia, wszędzie zdjęcia modelek z wybiegów, stroje wybiegowe, bielizna. Obłędny zapach. Oczywiście kupiłam jeden z zapachów- pachnie nieziemsko. Na każdym piętrze bielizna, perfumy, a na ostatnim pomieszczenie ze strojami z wybiegów, zrobione stanowisko na wzór tego, przy którym projektanci wymyślają stroje, dobierają materiały. Próbki materiałów przy każdym modelu, zdjęcie wybiegowe modelki- magia. Zabrałyśmy po jednym plakacie- nie wiedząc co dokładnie znajduje się w środku (mąż cieszy się ze zdjęcia 70cm x 100cm modelki w bieliźnie wiszącego w sypialni). Samej mi się podoba i to był mój pomysł.


Po drodze kilka zdjęć na tle wymyślnych fontann w różnych kształtach. I tradycyjnie ostatnie miejsce na chwilę odpoczynku, zjedzenie pysznego fast food'u (zestaw z Maka na Times Square). Od tego śmieciowego jedzenia tak spuchłam, że już mi chyba nic nie pomoże. Nawet tabletki na żołądek nie pomagają. Jeszcze tylko zdjęcie zachodzącego słońca między budynkami, do metra i do domu.


Jeszcze tylko zakupy na 14 ulicy- chleb, woda, wędlina, sałatki- i do domu. Kąpiel, telefon do bazy w Polsce i spać. Jutro kolejny, wyczerpujący dzień.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Nowy Jork dzień II :)

Ciężko mi idzie to pisanie! Emocje już trochę opadły, chociaż często wracam myślami do Piątej Alei, do Times Square, do Central Parku. To naprawdę piękne miejsca, niespotykane nigdzie indziej i mające swój urok.


Czwartek 8.06.2017r.


Drugiego dnia miałyśmy zaplanowane zwiedzanie Brooklynu z Magdą z Littletownshoes.com, więc rano pobudka, książka "Z Nowym Jorkiem na NY" i metrocard w rękę i wio. Poszłyśmy już "trochę" zorientowane do metra, weszłyśmy na pewniaka, co kilka minut metro podjeżdżało, więc chwilę się zastanowiłyśmy, rozejrzałyśmy i zgodnie z tym, co powiedziała Magda najpierw linią L, potem w E i jedziemy. Duma nas rozpiera, uśmiechy na twarzy, rozmowy jakie to metro jest proste w obsłudze itd. itd. Po pewnym czasie - jakieś 15 minut później- coś mi nie pasowało. Odpaliłam aplikację w telefonie i co się okazało? Że pojechałyśmy w drugą stronę i jesteśmy w Harlemie :) Na przedostatnim przystanku wysiadłyśmy, wyszłyśmy z metra i moim oczom ukazał się Harlem, mało bezpieczna dzielnica- niskie zabudowania, wolno jeżdżące auta a w nich czarnoskórzy panowie, muzyka na cały regulator, ciarki mi przeszły, ale nie dałam po sobie poznać strachu. Po drugiej stronie ulicy wejście do metra w drugą stronę- na Brooklyn, czyli tam, gdzie miałyśmy pierwotnie jechać. Szybko przeszłyśmy przez ulicę i biegiem do metra. Jak już byłyśmy w metrze kamień spadł mi z serca. Dojechałyśmy już na miejsce bez problemu z lekkim 20-minutowym opóźnieniem. Przywitała nas Magda z pięcioosobową rodzinką, z którą spędziłyśmy cały dzień.


Rozpoczęliśmy zwiedzanie od tych pięknych miejsc na Brooklynie, po drugiej stronie Manhattanu. Rzeczywiście widok na Manhattan najlepszy jest z Brooklynu, wtedy można ujrzeć wszystko z lepszej perspektywy. Rozpoczęliśmy od spaceru z widokiem na Manhattan, najpierw dzielnica z kamienicami- tymi z filmów, z tymi fajnymi schodami, na których każdy marzy, żeby sobie usiąść- oczywiście nie omieszkałam usiąść i zrobić sobie pamiątkowego zdjęcia. Piękne miejsce. Zrobiłam sobie zdjęcie pod mostem Brooklyńskim, o którym zawsze marzyłam. Kolejne zdjęcie na tle mostu Manhatańskiego- miałam na FB takie zdjęcie i obiecałam sobie, że wstawię kiedyś takie zdjęcie ze mną na tle mostu- i tak się stało :) I tak powoli, powoli szliśmy sobie Brooklynem, najpierw dzielnica DUMBO, potem Brooklyn Heights, Williamsburg i Greenpoint. Mieliśmy cały dzień, więc po co się spieszyć. Oczywiście najpiękniejsze kamieniczki w dzielnicy, w której ludzie zarabiają 200.000$ rocznie, później też nie brzydkie kamieniczki, gdzie ludzie zarabiają po 40.000$ rocznie, później 30.000$ rocznie, przez Williamsburg aż po Greenpoint.


Po drodze zwiedziliśmy Bushwick, czyli dzielnicę, w której widziałam chyba najpiękniejsze graffiti. Zjeżdżają tam najlepsi graficiarze z całego świata i malują na nowo co kilka miesięcy. Piękne murale, wszystko malowane w 3D, więc bardzo realistyczne.


Zwiedziliśmy Williamsburg, który jest nazywany mekką hipsterów. W południowym Williamsburgu mieszkają też ortodoksyjni Żydzi. Przeszliśmy po chasydzkiej dzielnicy, która robi wrażenie. Wszędzie widać kobiety w perukach, w spódnicach za kolana, w koszulach, pulowerkach, z dziećmi. Mali chłopcy z pejsami, w jarmułkach, starsi mężczyźni w płaszczach, kapeluszach. Kraty w oknach! Dlaczego? Ponoć Żydzi mają jeden dzień w tygodniu, gdzie przez cały dzień muszą być pootwierane okna, więc żeby nikt ich nie okradł na stałe mają kraty. To straszne, ale taka jest ich tradycja. Wszędzie są napisy żydowskie, na sklepach, na żółtym szkolnym autobusie również.


Oczywiście była też polska dzielnica Greenpoint. Szczerze powiem- myślałam, że będzie więcej akcentów polskich. A tu nic! Gdyby nie to, że przed sklepem zauważyłam Nałęczowiankę, to nie wiedziałabym, że to polska dzielnica. Myślałam, że będzie jak w "Samych swoich" w Chicago- nazwy sklepów po polsku, polskie nazwiska. Niestety.


Podobały mi się też sklepy z rzeczami, w którym starsze Afroamerykanki chodzą na msze gospel. Pewnie nie raz widzieliście na filmach jak wyglądają msze gospel. Czarnoskórzy ubrani na kolorowo, panie w garsonkach w jednym kolorze z pięknymi kapeluszami- takie właśnie stroje są do kupienia! Myślałam, że to tylko na filmach a tu naprawdę. Cały czas jest taka tradycja. Magda mówiła, że bardzo poleca każdemu wybranie się w niedzielę na taką mszę, ponoć wrażenia są niesamowite. Szkoda, że nie miałam okazji, ale nic straconego :) przecież wizę mam na 10 lat :)


Kolejną fajną rzeczą w naszym wspólnym zwiedzaniu, oprócz wielu ciekawych miejsc, opowieści o historii, kulturze, codziennym życiu, był występ chłopców z Bronx'u. Magda ma z nimi umowę, że tańczą w metrze dla grupy zwiedzającej- jeśli sobie tego grupa życzy. My wyraziliśmy zgodę na spotkanie z chłopcami. Zrobili na nas duże wrażenie. To dzieci z biednych rodzin, które wychowują się na ulicy. Często popadają w konflikt z prawem, biorą narkotyki, są członkami gangów. Chłopcy ci próbują wyrwać się stamtąd tańcząc i realizując swoje pasje. Jak dla mnie to była fajna atrakcja dla nas przyjezdnych, chłopcy dostali od nas i ludzi jadących metrem po kilka dolarów i tak zarabiają na swoje potrzeby.


Bardzo podobało mi się zwiedzanie z Magdą, bo rzeczywiście sama nie trafiłabym w wiele miejsc- na przykład do pizzerii "Roberta's" www.robertaspizza.com :) Kiedy stanęliśmy przed budynkiem, w którym była pizzeria i Magda powiedziała, że mamy wchodzić każdy z nas miał taką minę-zamurowało nas i pukaliśmy się w czoło! Gdzie "ONA" nas prowadzi??? Do kibla (za przeproszeniem)??? Tak to wyglądało. Weszliśmy przez jedne drzwi, później drugie i naszym oczom ukazała cudowna, klimatyczna pizzeria z niesamowicie smaczną i ostrą pizzą. Musieliśmy chwilę poczekać, bo rzeczywiście jest bardzo oblegana przez ludzi. Zjedliśmy smaczną pizzę, wypiliśmy lemoniadę i mogliśmy zwiedzać dalej.


Na końcu zmęczeni wylądowaliśmy w barze na barce, ale już nie mieliśmy ochoty na przesiadywanie, tym bardziej, że dzień był dość zimny - ok.18 stopni, więc raczej chcieliśmy wracać do domu.


To był dzień pełen wrażeń, zupełnie innych niż na Piątej Alei i Times Square, ale nie wyobrażałam sobie, że mogłoby mnie tam nie być.


Jak już ogarnę wszystko, wstawię zdjęcia z tych różnych miejsc i wtedy przekonacie się, że było warto wydać 80$, żeby to zobaczyć.

poniedziałek, 3 lipca 2017

Nowy Jork dzień I :)

Środa 7.06.2017r.

Pobudka dość późno, telefon do domu, że wstałyśmy i szykujemy się na pierwsze wyjście w miasto. Wszyscy przerażeni- żebyśmy nie zginęły, żeby nam się nic nie stało. Musimy uważać, bo "w poniedziałki kradną, we wtorki gwałcą, w środy porywają"- przypomniał mi się ten tekst z "Samych swoich". Ja rozumiem, że oni wszyscy się o nas martwią, ale to nie jest tak. W Nowym Jorku każdy ma swoje sprawy, każdy spieszy się do pracy, domu, rodziny, znajomych. Siedzą w metrze ze słuchawkami na uszach, nie zwracając na nikogo uwagi. Albo sobie śpiewają, albo coś pod nosem mówią.


Pogoda pochmurna, więc na spacer po mieście trzeba zabrać okrycie wierzchnie. Od rana kąpanie, bo poprzedniego dnia byłyśmy tak wykończone, że już nam się nie chciało. George wyszedł do pracy wczesnym rankiem, więc mogłyśmy czuć się swobodnie. Wyszykowałyśmy się i w drogę. Na metro nie mamy co liczyć, bo jeszcze nie wiemy co, gdzie i jak. Dziś czeka nas wędrówka piesza! Ciekawe ile kilometrów przeszłyśmy. Wyszłyśmy z domu i zgodnie z mapą kierowałyśmy się w stronę 5 Alei. Wiadomo, tam najwięcej atrakcji, same najlepsze sklepy. W planach było dość dużo do zobaczenia. 5 Aleja robi wrażenie. Chociaż pierwsze co mnie niestety niezbyt miło zaskoczyło to smród! W Nowym Jorku okropnie śmierdzi- spalinami i jedzeniem. Co prawda później się już przyzwyczaiłam, ale pierwsze dwa dni nie miałam ochoty na jedzenie. Mimo wszystko wyruszyłyśmy przed siebie. Jak wspominałam 5 Aleja jest niesamowita, wiele tam różnorodności, kolorów, wszędzie piękne, wysokie wieżowce, a między nimi niesamowite stare budowle. Mnie zachwyciła katedra św.Patryka. Sam budynek strzelisty, pojawia się wśród ogromnych wieżowców i robi ogromne wrażenie. Oczywiście weszłyśmy, zapaliłyśmy świeczkę w pewnej intencji (jak to w amerykańskich filmach bywa), nie wchodziłyśmy dalej, ponieważ znowu stała ochrona i sprawdzała zawartość toreb. Usiadłyśmy przed Katedrą, żeby odpocząć a przy okazji oglądałyśmy czerwony dywan naprzeciw i promocję filmu "Mumia" z Tomem Cruisem. Niestety głównego aktora nie było, ale było kilku innych. Po zregenerowaniu ruszyłyśmy dalej. Szłyśmy mijając piękne sklepy Gucci, Louis Vuitton, Michael Kors, Victoria's Secret, Versace, Cartier, Rolex, Ferrari, Dolce & Gabbana.


Informacyjnie- To w tych długich włosach to Pan z pięknym makijażem, piórami we włosach i ogólnie chyba inspirowany Prince'm- makijaż na to wskazywał.


20170607_180153 20170607_180535 20170607_180804


Pierwszym naszym celem był Empire State Building. Chciałam, żebyśmy od tego zaczęły zwiedzanie, ponieważ tam zamawiałam City Pass i tam miałyśmy otrzymać książeczkę z karnetami na resztę atrakcji- Top of the Rock, Muzeum Historii Naturalnej, The MET, Muzeum 11 września i statek Circle Line Cruise dookoła wyspy. Dotarłyśmy bez najmniejszych problemów. Na Manhattanie ulice i Aleje przecinają się tworząc szachownicę, więc bardzo prosto nawigować. Empire- piękny budynek, dość wysoki, ale już dawno nie najwyższy w NY, za to chyba najbardziej znany symbol. Za to równie chętnie odwiedzany. Ludzi dość dużo. Pierwsze wrażenie po wejściu- przepych. Przepięknie zdobione ściany i moje wymarzone zdjęcie na tle ściany, na której widnieje Empire w promieniach słońca. W kolejce chwilę stałyśmy, ponieważ jak wszędzie w Nowym Jorku kontrola bagażu, torebek, żadnego jedzenia i picia. Wjechałyśmy na 86 piętro. W windzie towarzyszyły nam piękne obrazy wyświetlane na suficie. Cudowny widok. Z tarasu widokowego rozciągał się widok na cały Manhattan. Z jednej strony widok na dolny Manhattan, z drugiej Central Park. Jednak widok Central Parku najlepszy jest z Top of the Rock. To był nasz pierwszy taras i widok zapierał dech w piersiach. Rozejrzałam się wokół. Przypatrzyłam gdzie są nasze atrakcje, które miałyśmy zwiedzać w następne dni. Wi-Fi w Empire dostępne, więc zadzwoniłyśmy do domu i zrobiłyśmy telekonferencję. Mój mąż kiedy zobaczył widoki z Empire dosłownie się wkurzył i powiedział, żebym do Niego więcej nie dzwoniła. Nie dziwię mu się, bo widoki przepiękne, zapierające dech, a Jemu wizy nie dali! Każdy by się zdenerwował! Ale... ja zrobię wszystko, żeby Go tam zabrać! Poruszę niebo i ziemię, a pojedzie tam ze mną! Wracając do tematu- ludzi dużo, ale dla każdego miejsce się znajdzie, jest gdzie zrobić zdjęcie, jest gdzie nakręcić film. Z góry piękny widok na cały Manhattan. Kilka atrakcji pokazałam Wiktorii i ruszyłyśmy dalej. Poszłyśmy Piątą Aleją podziwiać piękno Nowego Jorku.


Następnie Trump Tower- policja z długą bronią, zamknięta ulica, pełno ludzi robiących sobie zdjęcia z policjantami, przed wejściem, wchodzących, wychodzących. Dalej budynek Biblioteki Publicznej- stary, piękny, znany tylko z filmów. Cudowny widok. Ale dziś nie czas na zwiedzanie, idziemy dalej. Rockefeler Center i dziewczynka-baletnica, siedząca pośrodku. Jak tam jest cudownie! Fantastycznie! Pełno ludzi, uśmiechniętych, zadowolonych. Oczywiście są bezdomni, są biedni, są żebracy- widać ich wszędzie. Jednak nie są nachalni, są wręcz sympatyczni. Pamiętajcie, że oni też konkurują! Każdy z nich wie, że musi w jakiś sposób zdobyć pieniądze i starają się różnymi sposobami. Albo grają- na wszystkim, albo śpiewają, albo ćwiczą, wyskakują, robią sztuczki- są bardzo kreatywni, chyba Nowy Jork zobowiązuje :) Chodziłyśmy i odpoczywałyśmy, tam wszędzie są jakieś skwerki, miejsca do odpoczynku, miejsca gdzie można posiedzieć, popatrzeć na ludzi, rozejrzeć się dookoła. Jadłyśmy w food truckach, które są wszędzie obecne. Jedzenie nie jest pyszne, ale zjadliwe. Oczywiście przeszłyśmy się na Times Square- świetne miejsce. Niektórzy twierdzą, że bardzo hałaśliwe, nieznośne, pełne ludzi. Oczywiście, że tak jest- to Times Square! To miejsce szalone, pełne postaci z kreskówek i filmów, dziwnych instalacji, ludzi siedzących na czerwonych schodach, jedzących na ulicy, siedzących gdzie popadnie. Fajnie tam- skończyło się na tym, że codziennie tam wracałyśmy. Przede wszystkim dlatego, że tam dojeżdżałyśmy metrem i dalej szłyśmy pieszo. Tam jadłyśmy Big mac'i, frytki i piłyśmy Coca Colę w Mc Donalds'ie, tam też kupiłyśmy kosmetyki w M.A.C.'u (ach ta moja fioletowa szminka) i tam kupiłam zabawki dla dzieci w sklepie Disneya. Ceny? Jak na Nowy Jork porównywalne do naszych polskich. Zdziwienie pełne, że tam mogę kupić coś w tych samych cenach albo nawet trochę niższych. W Hard Rock Cafe na Times Square kupiłam mojemu mężowi koszulkę i buty w Champs. Sobie kupiłam kilka rzeczy w H&M'ie. Przy Piątej Alei w Victoria's Secret kupiłam też piękną bieliznę i perfum, który powala zapachem. Po ten perfum pojadę nawet na koniec świata! Przyznam szczerze, że do VS wracałyśmy kilka razy :) Szłyśmy powoli z powrotem do naszego mieszkania w East Village, po drodze wstąpiłyśmy na Grand Central Terminal, obejrzałyśmy cały dookoła, przeszłyśmy wzdłuż i wszerz- zrobiłam pamiątkowe zdjęcie przy słynnym zegarze na środku Grand Central i kupiłyśmy w metrze metrocard, żebyśmy mogły następnego dnia jechać na Brooklyn spotkać się z panią Magdą- naszą przewodniczką. Po drodze zrobiłyśmy sobie zdjęcia przy Flatiron Building- słynnym żelazku. Robiło się już ciemno, więc trzeba było trochę przyspieszyć. Małe zakupy na 14 ulicy- woda, chleb i szynka, i do domu na 12 ulicy.


W domu ok.21.00, telefon do domu do Polski, że wróciłyśmy całe i zdrowe- mimo tego, że tam już 3 rano. Wszyscy czekali z utęsknieniem na telefon i pierwsze relacje z wielkiego miasta :) Opowiadałyśmy z wypiekami na twarzach. Super dzień :) Później kąpiel i spać, bo następnego dnia wczesne wstawanie i jazda na Brooklyn :)

niedziela, 28 maja 2017

9 dni :)

To już niebawem :) Jestem szczęśliwa :) Myślę intensywnie, żeby jak najlepiej zorganizować cały pobyt. Myślę, żeby zorganizować wszystko tu na miejscu, bo przecież cała moja familia zostaje! Dzieci będą chodzić do szkoły i przedszkola, będą różne zajęcia, wycieczki, więc trzeba o wszystkim pomyśleć. Babcia będzie czuwać cały tydzień- najukochańsza na świecie :)


A ja! Głowa pełna od pomysłów, myśli, pytań, wątpliwości. Aaaaaaa... żebym niczego nie zapomniała, żebym o wszystkim pomyślała, żeby wszystko się udało!

A po przyjeździe jeszcze wesele! Buty dla męża- trzeba kupić już teraz, bo później już nie będzie czasu, Niko nie ma ciuchów! Aaaaaa... oszaleję! A ja co mam spakować??? Biorę długopis, notes i już! Wszystko musi być spisane!

Tralalalalalala ... NYC niebawem :) Tralalalalalalala ......

wtorek, 23 maja 2017

New York, New York- to już za 2 tygodnie :) yupiiii

Nie mogę uwierzyć! Trzęsę się już ze strachu przed lotem. Jak to będzie? Zastanawiam się. Jak wygląda lot? Czy moja głowa oszaleje? Czy wytrzymam tyle godzin? Mam nadzieję, że moja głowa nie zwariuje i nie zacznie myśleć- jestem wysoko, nic mnie nie trzyma przy ziemi, pode mną ocean, a jak coś się stanie i zaczniemy spadać? Tego boję się najbardziej- ataku paniki. Bardzo chciałabym mieć obok siebie mojego męża, który by mógł mnie przytulić, uspokoić. Czułabym się bezpieczniejsza. Niestety - nie pisałam tego, ale był dwa razy w ambasadzie i nie dostał wizy. Jest strasznie rozgoryczony, ja też. Kit ze straconą kasą, ale straciliśmy szansę na fajny czas, który moglibyśmy spędzić razem. Razem moglibyśmy przeżywać najpiękniejszą podróż życia. Szkoda, straszna szkoda. Ja jednak jestem gotowa na każde wyzwanie, byle mieć możliwość zobaczenia mojego ukochanego Mostu Brooklińskiego, Central Parku, Terminalu Grand Central i wielu innych wspaniałych miejsc.


Cały czas myślę- co jeszcze potrzebuję? Walizkę na bagaż podręczny zamówiłam, bo stwierdziłam, że lepiej mieć więcej miejsca do spakowania- może coś tam kupię to będę miała gdzie się spakować :) Ubezpieczenie- ważna sprawa. Najlepiej kwota bez limitu, żeby w razie czego mieć zabezpieczenie i nie musieć się martwić, że w kraju będzie trzeba zaciągać kredyt. Co jeszcze? Już chyba wszystko załatwione, kupione, zrobione.


Najgorsze, że w ostatnim czasie dzieje się tak dużo niedobrego. Na Times Square pijany/naćpany facet wjechał w tłum ludzi- nieciekawie, w Manchester Arena zamach terrorystyczny. Strach mnie oblatuje na samą myśl. Jestem jednak pełna optymizmu i wiary w to, że będzie dobrze. Przecież codziennie miliony ludzi latają po całym świecie. Przecież codziennie jeżdżę do pracy- na drodze różnie bywa. Każdy z nas ma swoje przeznaczenie. Myślę, że będzie dobrze. Już układam w głowie i rozpisuję w notesie gdzie i kiedy pójdziemy. Najlepsze jest to, że mamy załatwioną Magdę - przewodniczkę. Udało się zorganizować grupę sześciu osób do zwiedzania i nie musimy płacić 450$ za dzień, tylko 80$ od osoby :) Tym samym 8 czerwca będziemy zwiedzać Brooklyn w towarzystwie Magdy i kilku innych osób. Marzyłam o tym. Bałam się trochę sama jechać w tamten rejon, to jednak daleko z Manhattanu i mogłabym czasem metrem do Kanady dojechać :)


Nie, nie wierzę! Ja i Nowy Jork? Czy to prawda? Czy tylko sen? Może się zaraz obudzę i wszystko okaże się wielką ściemą?


Nieeeee, to prawda! Jadę... niebawem... już za chwilę :) Spełnia się! Największe marzenie mojego życia, najpiękniejszy sen.


wielkie jabłko

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Keratynowe prostowanie włosów

Jestem kobietą, marzę o pięknych, długich, lśniących włosach. Każda kobieta chce mieć piękne i zadbane włosy. W reklamach pokazywana są kobiety z fantastycznymi włosami, nienaturalnie gęstymi. Włosy to atrybut kobiecości, dlatego tak trudno kobietom, które są po chemii zaakceptować fakt ich utraty. Widziałam wiele historii kobiet, które nie potrafią się pogodzić z tym, że nie mają włosów. Wiele z nich mówi o tym, że czują się zwyczajnie nagie.


Zawsze marzyłam o długich, pięknych, lśniących włosach. Chciałam, żeby mama wiązała mi kitki, warkocze, upinała je na różne sposoby. Niestety całe dzieciństwo miałam krótkie włosy, bo tak mi się pięknie kręciły- jak pierścionki! Nienawidziłam tego i jak tylko mogłam w tej kwestii coś powiedzieć i postawić na swoim, zapuściłam je. Nigdy nie udało mi się zapuścić długich, takich jak chciałam- kręcone po prostu nie rosną! Co trochę urosły to się pokręciły i tyle było widać. Cóż, takie życie. Zostało mi tylko przedłużenie :)


Pomyślałam o tym, żeby zrobić keratynowe prostowanie, ale... no właśnie... ale cena! Usłyszałam minimum 350zł, ale to wszystko się okaże podczas zabiegu. Czyli może być i 400??? Nigdy w życiu. Ale tu z pomocą przyszła mi koleżanka z pracy- dzięki Paulina :) 250zł jest do zaakceptowania, więc bez problemu umówiłam się i już jestem po zabiegu. Opłacało się! Włosy lśniące, piękne, miękkie, układające się i wyglądają tak zdrowo, jak nigdy. Nie mam zupełnie prostych, ponieważ moje włosy mają dość mocny skręt, ale wyglądają cudownie. Teraz wystarczy tylko umyć, wysuszyć i już :) i tak pół roku :)


Gorąco polecam :)


przedkeratyną keratynowe włosy