Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 grudnia 2017

I tego się spodziewałam! Święta minęły błyskawicznie!

Niestety- jak to się mówi- święta, święta i po świętach. Tyle przygotowań, tyle sprzątania, gotowania i minęło nie wiadomo kiedy. Dlatego właśnie staram się świętować już wtedy, kiedy w sklepach zaczyna się świąteczne szaleństwo. Święta udane. Dzieci dostały mnóstwo prezentów, wszystkie te wymarzone. Jeszcze dzień przed Wigilią Pola i Niko napisały listy do Świętego! Na listach zostały narysowane laptop i różowa hulajnoga. Już lecę, trzymajcie mnie! :)


Wigilia rano, dzieci wstały wcześniej, pobiegły na dół, bo pod choinką prezenty! To już nasza kilkuletnia tradycja :) Stopniujemy radość dzieci :) Dzieciaki zadowolone, przybiegły do naszej sypialni, że dla nas prezenty też są :) Poszliśmy, rozpakowaliśmy, fajnie było :) Dzień wcześniej dzieci zostawiły pierniki i mleko na kominku dla Gwiazdora - wszystko było zjedzone :) Tata Błażej wieczorem miał bojowe zadanie :) Najlepsze jest to, że Niko nadal wierzy, że prezenty przynosi Gwiazdor- może się trochę domyśla, ale my twardo obstawiamy przy swoim. Zdaje nam się, że Pola Go uświadomi :)


Później były prezenty od wujków, dziadka. Pojechaliśmy do moich rodziców na Wigilię. Było nas czternastu, aż trudno się pomieścić w tym małym pokoju. Jak co roku daliśmy radę, było fajnie, rodzinnie, smacznie. A po wieczerzy prezenty, od wujka, od dziadków, od kolejnego wujka. Dzieci oszalały :) Ich zadowolenie to najlepsze, co może nas spotkać :)


Kolejny dzień to lenistwo- jedno wielkie lenistwo! I jedzenie! Góry jedzenia- rybka, kapusta z grzybami, kluski z makiem, barszczyk, popchnięte serniczkiem, makowcem i znowu rybka... i tak dalej, i tak dalej :) Ale było pyszne! :) Jedzenie z odstępami 2-godzinnymi, więc tak prawie, jak w normalnej diecie :) Oczywiście wszystko popite winkiem - mam już na jakiś czas dość, na razie na wino ochoty nie mam. Podoba mi się takie lenistwo. Kolejny dzień - drugi dzień świąt- to rocznica ślubu moich rodziców, więc tradycyjnie obiad, kawa u rodziców i świętowanie ich prawie 50-letniej wspólnej drogi. I minęło. Teraz czekamy na świętowanie Sylwestra :)


P.S. Najlepsze jest to, że waga nawet nie drgnęła :) Jest tyle ile było- oczywiście o dychę za dużo, ale to nie przez święta- ja już w sierpniu byłam gruba :) Dlatego zaczęłam dziś ćwiczenia, 30 minut na orbitreku i jedna seria ćwiczeń z Ewką :)

niedziela, 8 października 2017

Rodzinne spotkania :)

Niedziela- zazwyczaj imieniny, urodziny i inne uroczystości obchodzimy właśnie w niedzielę. Z uwagi na to, że mój tata we wtorek będzie miał urodziny- postanowiliśmy dziś przyjechać na kawę. Jak zwykle mama upiekła przepyszny serniczek, każdy przyniósł prezent i życzył oprócz zdrowia, wygranej w lotto. Co oznaczają takie spotkania? Po co w ogóle się spotykamy? Czy to na pewno potrzebne? Przecież codziennie przywożę dzieci do rodziców! Przecież chwilę porozmawiamy kiedy je odbieram!


Owszem, ale takie spotkania to co innego. Możemy posiedzieć, porozmawiać, powspominać. Wiele historii usłyszałam po raz pierwszy właśnie na takich rodzinnych spotkaniach. Uwielbiam słuchać taty i mamy jak opowiadają o losach naszej rodziny. Uwielbiam słuchać jak dziadek i babcia byli zesłani do Niemiec do pracy, jak tam się poznali, jak szli pieszo do rodzinnego domu. Szli długo, babcia w ciąży. Co za czasy! Nie ogarniam! Zimy srogie, a oni szli. Dom był dla nich najważniejszy i bardzo chcieli do niego wrócić. Z kolei pradziadkowie ze strony mamy- Volksdeutsche na polskich ziemiach. Nie było im łatwo- gdyby nie dobre serce pradziadka i prababci, cała wieś byłaby przeciwko nim. Ale Oni byli bardzo dobrymi ludźmi, nie donosili na Polaków, nie robili niczego co mogłoby komuś zaszkodzić. Ostrzegali sąsiadów, że Niemcy do nich idą, żeby pochowali wszystko co w tamtych czasach było nielegalne, wszystko czego nie mogli posiadać. Takie historie mrożą krew w żyłach. Ale nie słyszałam tego wcześniej. Jeszcze niedawno byliśmy za młodzi, żeby siedzieć z rodzicami i ich słuchać, teraz rozumiemy jakie to ważne. To nasza historia, tradycje rodzinne.


Nikodem ma w szkole historię. Jutro kartkówka z pojęć związanych z drzewem genealogicznym, tradycją, rodem, patriotyzmem. Przepytałam Go, żeby sprawdzić ile umie. Okazuje się, że mój mądry chłopak słucha i wie bardzo dużo na temat naszej rodziny. Widzi wiele rzeczy. Potrafi powiedzieć jakie pamiątki i po kim mamy w domu. Dumna jestem i wiem, że zabierze to kiedyś ze sobą do swojego domu. W przyszłości również będzie dbał o przekazywanie historii rodzinnych i pamiątek swoim dzieciom.


Mamy dużo pamiątek rodzinnych w domu, dużo dokumentów, starych naczyń, żelazek, luster. To nasze dziedzictwo i nie interesuje mnie czy to kicz, czy komuś się podoba czy nie. To jest moje. Każdy przedmiot ściśle związany jest z moimi przodkami, określa mnie i moją rodzinę. Każdemu z dumą pokazuję i opowiadam o przedmiotach zgromadzonych w moim domu.


A spotkania? Są i nie wiem jak długo będzie nam dane spotykać się w takim gronie. Rodzice mają już swoje lata. Boję się, że może to się niebawem skończyć. Na razie staram się przyjeżdżać jak najczęściej. Teraz imieniny mamy, jeszcze w październiku. Wigilia w tym roku u mnie. Wszyscy jak zwykle przyjadą. Będzie wspaniała atmosfera. Pełen dom ludzi, zapach świąt, jedzenia. Uwielbiam to. Oby było tych spotkań jak najwięcej i jak najczęściej.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Nowy Jork dzień III :)

Piątek 9.06.2017r.

Zmęczone po wczorajszych wojażach na Brooklynie wstałyśmy nieco później :) Nie chce się wstawać - zmęczenie jest ogromne. Nie mówię o jakiś niedogodnościach, które są związane ze zmianą czasu, bo na to nie miałyśmy nawet czasu. Ale w końcu przyjechałyśmy tu tylko na tydzień, więc mamy tylko kilka dni na zobaczenie wszystkiego, co dla nas zaplanowałam- a trochę tego jest :)


W ten dzień zaplanowałam Muzeum Historii Naturalnej- uwielbiam "Noc w muzeum"! I ja tam? Ależ byłam podekscytowana! Muzeum zlokalizowane naprzeciw Central Parku, dość daleko od naszego miejsca zamieszkania, ale w końcu mamy metro i jesteśmy już takie "obyte". Przepiękny, stary, ogromny budynek. Na wejściu szkielety dinozaurów. Pełno ludzi. Mimo, że miałyśmy karnety City Pass to musiałyśmy stać w kolejce, ale to nic. Mogłyśmy wybrać sobie seans w kinie w Muzeum. Poza tym mogłyśmy się rozejrzeć, zobaczyć jak w środku jest pięknie. Zwiedzanie zajęło nam kilka godzin, aż nas nogi rozbolały. Trochę się różni od tego, co było w filmie- nie było tego gościa na koniu, co go grał Robin Williams! :) Kilku innych rzeczy też nie było! Ale za to.... byłam w MUZEUM HISTORII NATURALNEJ W NOWYM JORKU!!!! Mojego szczęścia nie było końca. Narobiłam tyle zdjęć, że samo oglądanie mnie znudzi i na samą myśl o tym muzeum będzie mnie mdlić! :)


Po wyjściu z Muzeum poszłyśmy sobie kupić Smoothie, drogie bo aż 7$, ale za to przepyszne, robione na miejscu przy mnie, z owoców przeze mnie wybranych. Poszłyśmy spacerkiem do Central Parku. Piękny, fantastyczny Central Park. Dający schronienie wiewiórkom, ludziom chcącym wypocząć, pojeździć na rolkach, rowerze, pograć w różne gry zespołowe, porozmawiać ze znajomymi, albo po prostu dający odpoczynek każdemu kto chce chwili z dala od zgiełku ulicy, wieżowców, klaksonów. Wspaniały park, najpiękniejszy jaki widziałam. Ogromny! Szłyśmy i szłyśmy, i nie było końca. Mniej więcej orientowałam się gdzie możemy być, ale wszędzie są dróżki, kręte, skręcające to w jedną to w drugą stronę. Co chwilę piękne mosty, mosteczki, stawy- mniejsze, większe, pełno ludzi w łódkach. Zza drzew wystające budynki, a w parku cisza, tylko co jakiś czas grający ludzie- to na skrzypcach, na saksofonie, trąbkach, gitarach. Cudownie :) Aż się chciało cieszyć i uśmiechać do wszystkich. Najpiękniejsze widoki. Próbowałyśmy trafić do ZOO, ale niestety nie udało nam się- trochę kiepskie oznakowanie w parku (praktycznie drogowskazów nie było), a mapy ZOO w kilku miejscach. Miałam jeszcze kilka miejsc zaplanowanych, więc poszłyśmy dalej. Szybka sesja zdjęciowa przez hotelem Plaza (tam, gdzie Kevin był sam w Nowym Jorku ) :)


Kolejnym miejscem był taras widokowy Top Of the Rock w Rockefeller Center. Chciałam zobaczyć Central Park z góry. Na wejściu zwisające z sufitu kamienie Swarovskiego, w słońcu pięknie się mieniły- zrobiłam piękne zdjęcie na ich tle. Z tarasu Top of the Rock jest najlepszy widok. Rzeczywiście chodziłam jak zaczarowana. Musowo zrobione zdjęcia na tle Central Parku. Pochodziłam dookoła i zrobiłam zdjęcie Empire State Building, WTOne, całej okolicy i poszłyśmy dalej zwiedzać. Szłyśmy Piątą Aleją, podziwiałyśmy piękne sklepy, obowiązkowo zajrzałyśmy do salonu Victoria's Secret. Ogromny sklep, 3 piętra. Na wejściu stoi pan, który wpuszcza klientów. W środku przepiękne zdobienia, wszędzie zdjęcia modelek z wybiegów, stroje wybiegowe, bielizna. Obłędny zapach. Oczywiście kupiłam jeden z zapachów- pachnie nieziemsko. Na każdym piętrze bielizna, perfumy, a na ostatnim pomieszczenie ze strojami z wybiegów, zrobione stanowisko na wzór tego, przy którym projektanci wymyślają stroje, dobierają materiały. Próbki materiałów przy każdym modelu, zdjęcie wybiegowe modelki- magia. Zabrałyśmy po jednym plakacie- nie wiedząc co dokładnie znajduje się w środku (mąż cieszy się ze zdjęcia 70cm x 100cm modelki w bieliźnie wiszącego w sypialni). Samej mi się podoba i to był mój pomysł.


Po drodze kilka zdjęć na tle wymyślnych fontann w różnych kształtach. I tradycyjnie ostatnie miejsce na chwilę odpoczynku, zjedzenie pysznego fast food'u (zestaw z Maka na Times Square). Od tego śmieciowego jedzenia tak spuchłam, że już mi chyba nic nie pomoże. Nawet tabletki na żołądek nie pomagają. Jeszcze tylko zdjęcie zachodzącego słońca między budynkami, do metra i do domu.


Jeszcze tylko zakupy na 14 ulicy- chleb, woda, wędlina, sałatki- i do domu. Kąpiel, telefon do bazy w Polsce i spać. Jutro kolejny, wyczerpujący dzień.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Nowy Jork dzień II :)

Ciężko mi idzie to pisanie! Emocje już trochę opadły, chociaż często wracam myślami do Piątej Alei, do Times Square, do Central Parku. To naprawdę piękne miejsca, niespotykane nigdzie indziej i mające swój urok.


Czwartek 8.06.2017r.


Drugiego dnia miałyśmy zaplanowane zwiedzanie Brooklynu z Magdą z Littletownshoes.com, więc rano pobudka, książka "Z Nowym Jorkiem na NY" i metrocard w rękę i wio. Poszłyśmy już "trochę" zorientowane do metra, weszłyśmy na pewniaka, co kilka minut metro podjeżdżało, więc chwilę się zastanowiłyśmy, rozejrzałyśmy i zgodnie z tym, co powiedziała Magda najpierw linią L, potem w E i jedziemy. Duma nas rozpiera, uśmiechy na twarzy, rozmowy jakie to metro jest proste w obsłudze itd. itd. Po pewnym czasie - jakieś 15 minut później- coś mi nie pasowało. Odpaliłam aplikację w telefonie i co się okazało? Że pojechałyśmy w drugą stronę i jesteśmy w Harlemie :) Na przedostatnim przystanku wysiadłyśmy, wyszłyśmy z metra i moim oczom ukazał się Harlem, mało bezpieczna dzielnica- niskie zabudowania, wolno jeżdżące auta a w nich czarnoskórzy panowie, muzyka na cały regulator, ciarki mi przeszły, ale nie dałam po sobie poznać strachu. Po drugiej stronie ulicy wejście do metra w drugą stronę- na Brooklyn, czyli tam, gdzie miałyśmy pierwotnie jechać. Szybko przeszłyśmy przez ulicę i biegiem do metra. Jak już byłyśmy w metrze kamień spadł mi z serca. Dojechałyśmy już na miejsce bez problemu z lekkim 20-minutowym opóźnieniem. Przywitała nas Magda z pięcioosobową rodzinką, z którą spędziłyśmy cały dzień.


Rozpoczęliśmy zwiedzanie od tych pięknych miejsc na Brooklynie, po drugiej stronie Manhattanu. Rzeczywiście widok na Manhattan najlepszy jest z Brooklynu, wtedy można ujrzeć wszystko z lepszej perspektywy. Rozpoczęliśmy od spaceru z widokiem na Manhattan, najpierw dzielnica z kamienicami- tymi z filmów, z tymi fajnymi schodami, na których każdy marzy, żeby sobie usiąść- oczywiście nie omieszkałam usiąść i zrobić sobie pamiątkowego zdjęcia. Piękne miejsce. Zrobiłam sobie zdjęcie pod mostem Brooklyńskim, o którym zawsze marzyłam. Kolejne zdjęcie na tle mostu Manhatańskiego- miałam na FB takie zdjęcie i obiecałam sobie, że wstawię kiedyś takie zdjęcie ze mną na tle mostu- i tak się stało :) I tak powoli, powoli szliśmy sobie Brooklynem, najpierw dzielnica DUMBO, potem Brooklyn Heights, Williamsburg i Greenpoint. Mieliśmy cały dzień, więc po co się spieszyć. Oczywiście najpiękniejsze kamieniczki w dzielnicy, w której ludzie zarabiają 200.000$ rocznie, później też nie brzydkie kamieniczki, gdzie ludzie zarabiają po 40.000$ rocznie, później 30.000$ rocznie, przez Williamsburg aż po Greenpoint.


Po drodze zwiedziliśmy Bushwick, czyli dzielnicę, w której widziałam chyba najpiękniejsze graffiti. Zjeżdżają tam najlepsi graficiarze z całego świata i malują na nowo co kilka miesięcy. Piękne murale, wszystko malowane w 3D, więc bardzo realistyczne.


Zwiedziliśmy Williamsburg, który jest nazywany mekką hipsterów. W południowym Williamsburgu mieszkają też ortodoksyjni Żydzi. Przeszliśmy po chasydzkiej dzielnicy, która robi wrażenie. Wszędzie widać kobiety w perukach, w spódnicach za kolana, w koszulach, pulowerkach, z dziećmi. Mali chłopcy z pejsami, w jarmułkach, starsi mężczyźni w płaszczach, kapeluszach. Kraty w oknach! Dlaczego? Ponoć Żydzi mają jeden dzień w tygodniu, gdzie przez cały dzień muszą być pootwierane okna, więc żeby nikt ich nie okradł na stałe mają kraty. To straszne, ale taka jest ich tradycja. Wszędzie są napisy żydowskie, na sklepach, na żółtym szkolnym autobusie również.


Oczywiście była też polska dzielnica Greenpoint. Szczerze powiem- myślałam, że będzie więcej akcentów polskich. A tu nic! Gdyby nie to, że przed sklepem zauważyłam Nałęczowiankę, to nie wiedziałabym, że to polska dzielnica. Myślałam, że będzie jak w "Samych swoich" w Chicago- nazwy sklepów po polsku, polskie nazwiska. Niestety.


Podobały mi się też sklepy z rzeczami, w którym starsze Afroamerykanki chodzą na msze gospel. Pewnie nie raz widzieliście na filmach jak wyglądają msze gospel. Czarnoskórzy ubrani na kolorowo, panie w garsonkach w jednym kolorze z pięknymi kapeluszami- takie właśnie stroje są do kupienia! Myślałam, że to tylko na filmach a tu naprawdę. Cały czas jest taka tradycja. Magda mówiła, że bardzo poleca każdemu wybranie się w niedzielę na taką mszę, ponoć wrażenia są niesamowite. Szkoda, że nie miałam okazji, ale nic straconego :) przecież wizę mam na 10 lat :)


Kolejną fajną rzeczą w naszym wspólnym zwiedzaniu, oprócz wielu ciekawych miejsc, opowieści o historii, kulturze, codziennym życiu, był występ chłopców z Bronx'u. Magda ma z nimi umowę, że tańczą w metrze dla grupy zwiedzającej- jeśli sobie tego grupa życzy. My wyraziliśmy zgodę na spotkanie z chłopcami. Zrobili na nas duże wrażenie. To dzieci z biednych rodzin, które wychowują się na ulicy. Często popadają w konflikt z prawem, biorą narkotyki, są członkami gangów. Chłopcy ci próbują wyrwać się stamtąd tańcząc i realizując swoje pasje. Jak dla mnie to była fajna atrakcja dla nas przyjezdnych, chłopcy dostali od nas i ludzi jadących metrem po kilka dolarów i tak zarabiają na swoje potrzeby.


Bardzo podobało mi się zwiedzanie z Magdą, bo rzeczywiście sama nie trafiłabym w wiele miejsc- na przykład do pizzerii "Roberta's" www.robertaspizza.com :) Kiedy stanęliśmy przed budynkiem, w którym była pizzeria i Magda powiedziała, że mamy wchodzić każdy z nas miał taką minę-zamurowało nas i pukaliśmy się w czoło! Gdzie "ONA" nas prowadzi??? Do kibla (za przeproszeniem)??? Tak to wyglądało. Weszliśmy przez jedne drzwi, później drugie i naszym oczom ukazała cudowna, klimatyczna pizzeria z niesamowicie smaczną i ostrą pizzą. Musieliśmy chwilę poczekać, bo rzeczywiście jest bardzo oblegana przez ludzi. Zjedliśmy smaczną pizzę, wypiliśmy lemoniadę i mogliśmy zwiedzać dalej.


Na końcu zmęczeni wylądowaliśmy w barze na barce, ale już nie mieliśmy ochoty na przesiadywanie, tym bardziej, że dzień był dość zimny - ok.18 stopni, więc raczej chcieliśmy wracać do domu.


To był dzień pełen wrażeń, zupełnie innych niż na Piątej Alei i Times Square, ale nie wyobrażałam sobie, że mogłoby mnie tam nie być.


Jak już ogarnę wszystko, wstawię zdjęcia z tych różnych miejsc i wtedy przekonacie się, że było warto wydać 80$, żeby to zobaczyć.

poniedziałek, 3 lipca 2017

Nowy Jork dzień I :)

Środa 7.06.2017r.

Pobudka dość późno, telefon do domu, że wstałyśmy i szykujemy się na pierwsze wyjście w miasto. Wszyscy przerażeni- żebyśmy nie zginęły, żeby nam się nic nie stało. Musimy uważać, bo "w poniedziałki kradną, we wtorki gwałcą, w środy porywają"- przypomniał mi się ten tekst z "Samych swoich". Ja rozumiem, że oni wszyscy się o nas martwią, ale to nie jest tak. W Nowym Jorku każdy ma swoje sprawy, każdy spieszy się do pracy, domu, rodziny, znajomych. Siedzą w metrze ze słuchawkami na uszach, nie zwracając na nikogo uwagi. Albo sobie śpiewają, albo coś pod nosem mówią.


Pogoda pochmurna, więc na spacer po mieście trzeba zabrać okrycie wierzchnie. Od rana kąpanie, bo poprzedniego dnia byłyśmy tak wykończone, że już nam się nie chciało. George wyszedł do pracy wczesnym rankiem, więc mogłyśmy czuć się swobodnie. Wyszykowałyśmy się i w drogę. Na metro nie mamy co liczyć, bo jeszcze nie wiemy co, gdzie i jak. Dziś czeka nas wędrówka piesza! Ciekawe ile kilometrów przeszłyśmy. Wyszłyśmy z domu i zgodnie z mapą kierowałyśmy się w stronę 5 Alei. Wiadomo, tam najwięcej atrakcji, same najlepsze sklepy. W planach było dość dużo do zobaczenia. 5 Aleja robi wrażenie. Chociaż pierwsze co mnie niestety niezbyt miło zaskoczyło to smród! W Nowym Jorku okropnie śmierdzi- spalinami i jedzeniem. Co prawda później się już przyzwyczaiłam, ale pierwsze dwa dni nie miałam ochoty na jedzenie. Mimo wszystko wyruszyłyśmy przed siebie. Jak wspominałam 5 Aleja jest niesamowita, wiele tam różnorodności, kolorów, wszędzie piękne, wysokie wieżowce, a między nimi niesamowite stare budowle. Mnie zachwyciła katedra św.Patryka. Sam budynek strzelisty, pojawia się wśród ogromnych wieżowców i robi ogromne wrażenie. Oczywiście weszłyśmy, zapaliłyśmy świeczkę w pewnej intencji (jak to w amerykańskich filmach bywa), nie wchodziłyśmy dalej, ponieważ znowu stała ochrona i sprawdzała zawartość toreb. Usiadłyśmy przed Katedrą, żeby odpocząć a przy okazji oglądałyśmy czerwony dywan naprzeciw i promocję filmu "Mumia" z Tomem Cruisem. Niestety głównego aktora nie było, ale było kilku innych. Po zregenerowaniu ruszyłyśmy dalej. Szłyśmy mijając piękne sklepy Gucci, Louis Vuitton, Michael Kors, Victoria's Secret, Versace, Cartier, Rolex, Ferrari, Dolce & Gabbana.


Informacyjnie- To w tych długich włosach to Pan z pięknym makijażem, piórami we włosach i ogólnie chyba inspirowany Prince'm- makijaż na to wskazywał.


20170607_180153 20170607_180535 20170607_180804


Pierwszym naszym celem był Empire State Building. Chciałam, żebyśmy od tego zaczęły zwiedzanie, ponieważ tam zamawiałam City Pass i tam miałyśmy otrzymać książeczkę z karnetami na resztę atrakcji- Top of the Rock, Muzeum Historii Naturalnej, The MET, Muzeum 11 września i statek Circle Line Cruise dookoła wyspy. Dotarłyśmy bez najmniejszych problemów. Na Manhattanie ulice i Aleje przecinają się tworząc szachownicę, więc bardzo prosto nawigować. Empire- piękny budynek, dość wysoki, ale już dawno nie najwyższy w NY, za to chyba najbardziej znany symbol. Za to równie chętnie odwiedzany. Ludzi dość dużo. Pierwsze wrażenie po wejściu- przepych. Przepięknie zdobione ściany i moje wymarzone zdjęcie na tle ściany, na której widnieje Empire w promieniach słońca. W kolejce chwilę stałyśmy, ponieważ jak wszędzie w Nowym Jorku kontrola bagażu, torebek, żadnego jedzenia i picia. Wjechałyśmy na 86 piętro. W windzie towarzyszyły nam piękne obrazy wyświetlane na suficie. Cudowny widok. Z tarasu widokowego rozciągał się widok na cały Manhattan. Z jednej strony widok na dolny Manhattan, z drugiej Central Park. Jednak widok Central Parku najlepszy jest z Top of the Rock. To był nasz pierwszy taras i widok zapierał dech w piersiach. Rozejrzałam się wokół. Przypatrzyłam gdzie są nasze atrakcje, które miałyśmy zwiedzać w następne dni. Wi-Fi w Empire dostępne, więc zadzwoniłyśmy do domu i zrobiłyśmy telekonferencję. Mój mąż kiedy zobaczył widoki z Empire dosłownie się wkurzył i powiedział, żebym do Niego więcej nie dzwoniła. Nie dziwię mu się, bo widoki przepiękne, zapierające dech, a Jemu wizy nie dali! Każdy by się zdenerwował! Ale... ja zrobię wszystko, żeby Go tam zabrać! Poruszę niebo i ziemię, a pojedzie tam ze mną! Wracając do tematu- ludzi dużo, ale dla każdego miejsce się znajdzie, jest gdzie zrobić zdjęcie, jest gdzie nakręcić film. Z góry piękny widok na cały Manhattan. Kilka atrakcji pokazałam Wiktorii i ruszyłyśmy dalej. Poszłyśmy Piątą Aleją podziwiać piękno Nowego Jorku.


Następnie Trump Tower- policja z długą bronią, zamknięta ulica, pełno ludzi robiących sobie zdjęcia z policjantami, przed wejściem, wchodzących, wychodzących. Dalej budynek Biblioteki Publicznej- stary, piękny, znany tylko z filmów. Cudowny widok. Ale dziś nie czas na zwiedzanie, idziemy dalej. Rockefeler Center i dziewczynka-baletnica, siedząca pośrodku. Jak tam jest cudownie! Fantastycznie! Pełno ludzi, uśmiechniętych, zadowolonych. Oczywiście są bezdomni, są biedni, są żebracy- widać ich wszędzie. Jednak nie są nachalni, są wręcz sympatyczni. Pamiętajcie, że oni też konkurują! Każdy z nich wie, że musi w jakiś sposób zdobyć pieniądze i starają się różnymi sposobami. Albo grają- na wszystkim, albo śpiewają, albo ćwiczą, wyskakują, robią sztuczki- są bardzo kreatywni, chyba Nowy Jork zobowiązuje :) Chodziłyśmy i odpoczywałyśmy, tam wszędzie są jakieś skwerki, miejsca do odpoczynku, miejsca gdzie można posiedzieć, popatrzeć na ludzi, rozejrzeć się dookoła. Jadłyśmy w food truckach, które są wszędzie obecne. Jedzenie nie jest pyszne, ale zjadliwe. Oczywiście przeszłyśmy się na Times Square- świetne miejsce. Niektórzy twierdzą, że bardzo hałaśliwe, nieznośne, pełne ludzi. Oczywiście, że tak jest- to Times Square! To miejsce szalone, pełne postaci z kreskówek i filmów, dziwnych instalacji, ludzi siedzących na czerwonych schodach, jedzących na ulicy, siedzących gdzie popadnie. Fajnie tam- skończyło się na tym, że codziennie tam wracałyśmy. Przede wszystkim dlatego, że tam dojeżdżałyśmy metrem i dalej szłyśmy pieszo. Tam jadłyśmy Big mac'i, frytki i piłyśmy Coca Colę w Mc Donalds'ie, tam też kupiłyśmy kosmetyki w M.A.C.'u (ach ta moja fioletowa szminka) i tam kupiłam zabawki dla dzieci w sklepie Disneya. Ceny? Jak na Nowy Jork porównywalne do naszych polskich. Zdziwienie pełne, że tam mogę kupić coś w tych samych cenach albo nawet trochę niższych. W Hard Rock Cafe na Times Square kupiłam mojemu mężowi koszulkę i buty w Champs. Sobie kupiłam kilka rzeczy w H&M'ie. Przy Piątej Alei w Victoria's Secret kupiłam też piękną bieliznę i perfum, który powala zapachem. Po ten perfum pojadę nawet na koniec świata! Przyznam szczerze, że do VS wracałyśmy kilka razy :) Szłyśmy powoli z powrotem do naszego mieszkania w East Village, po drodze wstąpiłyśmy na Grand Central Terminal, obejrzałyśmy cały dookoła, przeszłyśmy wzdłuż i wszerz- zrobiłam pamiątkowe zdjęcie przy słynnym zegarze na środku Grand Central i kupiłyśmy w metrze metrocard, żebyśmy mogły następnego dnia jechać na Brooklyn spotkać się z panią Magdą- naszą przewodniczką. Po drodze zrobiłyśmy sobie zdjęcia przy Flatiron Building- słynnym żelazku. Robiło się już ciemno, więc trzeba było trochę przyspieszyć. Małe zakupy na 14 ulicy- woda, chleb i szynka, i do domu na 12 ulicy.


W domu ok.21.00, telefon do domu do Polski, że wróciłyśmy całe i zdrowe- mimo tego, że tam już 3 rano. Wszyscy czekali z utęsknieniem na telefon i pierwsze relacje z wielkiego miasta :) Opowiadałyśmy z wypiekami na twarzach. Super dzień :) Później kąpiel i spać, bo następnego dnia wczesne wstawanie i jazda na Brooklyn :)

sobota, 14 stycznia 2017

Babskie spotkania :)

Koleżanki z dawnych lat- Marzenka, Ania, Aga. Z Marzenką znałam się już wcześniej, bo mamy wspólną kuzynkę. Z resztą dziewczyn poznałam się w szkole policealnej. Przez pierwsze lata od zakończenia nauki w tamtej szkole nie spotykałam się z nimi. Nie wiem czym to było spowodowane, brakiem czasu, brakiem motywacji do takich spotkań. Wydawało mi się wtedy, że muszę być cały czas ze swoim mężczyzną, że musimy spędzać każdą wolną chwilę razem. Zdarzało się, że gdzieś spotkałam którąś z dziewczyn na zakupach, albo gdzieś w przelocie i rozmawiałyśmy, że się spotykają, że może ja bym się też z nimi kiedyś wybrała, ale mi jakoś nie bardzo wychodziło gospodarowanie czasem. Myślę sobie, że zdawałam sobie sprawę z tego, że chyba nie do końca normalnie się zachowuję, że każdy potrzebuje innego towarzystwa. Ale zazdrość i chęć kontrolowania wszystkiego były silniejsze. W końcu pewne wydarzenia spowodowały to, że tak się zachowywałam.


Z czasem coś zaczęło się zmieniać. Ja nabrałam pewności. Zobaczyłam, że On traktuje mnie poważenie, że chce być ze mną i kocha mnie tak, jak zawsze mi się marzyło. To dodało mi skrzydeł. Zaczęłam spotykać się z dziewczynami. Nasze spotkania odbywają się do tej pory. Są trochę rzadziej, bo dziewczyny rozjechały się po świecie, ale mamy stały kontakt na FB i spotykamy się regularnie. Zazwyczaj wybieramy fajne knajpki, z dobrym piciem i jedzeniem. Siedzimy kilka godzin i bawimy się świetnie. Tematów jest zawsze tyle, że nagadać się nie możemy. Zawsze jest bardzo miło, trochę alkoholowo. Ale taksówkami do domu trzeba wracać :)


Wczoraj spotkałyśmy się u mnie. Cieszę się, że wreszcie dziewczyny mogły zobaczyć jak mieszkam, bo jeszcze u mnie nie były. Kolejne spotkanie też u mnie w kwietniu, bo przyjeżdża Aga z Anglii i jeszcze też u mnie nie była. Termin już umówiony, Marzenka przyjedzie z Niemiec, Aga z Anglii, Ania jest na miejscu i będziemy w komplecie. Stwierdzam, że brakowało mi właśnie takich spotkań. Spotkań z koleżankami, fajnych rozmów, śmiechów, dobrego trunku i pysznego ciasta :)


Dzięki dziewczyny i oby tak było zawsze :)


mlyn u mnie

niedziela, 27 listopada 2016

Wroclove... Wrocław moimi oczami

W planach od dawna już mieliśmy wyjazd do Wrocławia. Co prawda we Wrocławiu kiedyś byłam- w podstawówce! Ale szczerze powiem niewiele pamiętam. W tej chwili chodziło mi raczej o pokazanie kolejnego miejsca moim dzieciom. Jak już pisałam wcześniej w innym poście, chcę zaszczepić w nich miłość do podróży i ciekawość świata. Tym razem chciałam zabrać moją rodzinkę do Zoo, do Afrykarium, na Rynek, gdzie są już dekoracje świąteczne i atmosfera jest cudowna. Parę miesięcy temu kupiłam na Groupon'ie bilet rodzinny do ZOO w bardzo dobrej cenie, jednak ostatni czas był bardzo ciężki dla nas, pełen chorób, niespodziewanych wydarzeń, które nas trochę wycofały ze wszystkiego. Tym razem, mimo kaszlu i smarków po pas mojej młodszej, stwierdziłam, że nie będę już dłużej czekać- jedziemy. Jak pomyślałam tak się stało. Ubrałam maludy ciepło, zapakowaliśmy ciepłą herbatkę i kanapki i ruszyliśmy. Po tym wyjeździe jestem pewna, że Pola ma chorobę lokomocyjną. Niestety- pewnie po mnie.


Na miejsce dojechaliśmy bez problemów. Odebrałam bilety w punkcie obsługi- to trwało dosłownie 2 minuty! Weszliśmy pełni ciekawości. Jako pierwsze przywitały nas żyrafy. Dzieci zachwycone. Skierowaliśmy się do Afrykarium. Tam pełno wrażeń. Ryby, ogromne akwaria, obserwacja i zachwyt rybkami, żółwiami, rekinami, pingwinami, fokami niesamowita. Aż trudno uwierzyć, że moje dzieci tyle wiedzą. Potrafiły każde zwierzę nazwać. Niko czytał z wypiekami na twarzy informacje o gatunkach, jak czegoś nie wiedział dopytywał. Świetna zabawa. Dzieci biegały, bawiły się, pozowały do zdjęć, śmiały, głośno krzyczały i przeżywały. Fajnie jest sprawiać najbliższym taką radość. Kiedy wyszliśmy z Afrykarium poszliśmy zwiedzać resztę Zoo. Słonie, tygrysy, wilki, dzieci biegały i z zachwytem informowały nas co można obejrzeć w kolejnych boksach. Widziałam w ich oczach szczęście i ogromną radość. Po kilku godzinach byliśmy tak głodni, że szybko uciekaliśmy do auta, żeby jechać coś zjeść. Podjechaliśmy do pasażu Grunwaldzkiego i tam najedliśmy się do syta. Zostało nam jeszcze pojechać na Rynek.


afrykarium afrykarium1afrykarium2

Mimo ogromnego zmęczenia i zimna pojechaliśmy. Po drodze zachwyciły nas przepiękne kamienice, niektóre stare, inne odnowione. Wszystkie jednak nadawały miastu niebywały klimat. Mosty- cudowne, magiczne, romantyczne. Jestem oczarowana, nie pamiętam takiego Wrocławia. Byłam ślepa? Mam sklerozę? O co chodzi? Przecież ileś lat temu Wrocław był pewnie równie piękny! Człowiek jednak jak jest młody jest głupiutki. Teraz odkrywam na nowo miejsca, których kiedyś nie doceniałam. Rynek piękny, duży, ozdobiony światełkami, udekorowany na święta. Pełno straganów, jedzenia, pierników, cukierków, choinek, torebek, wyrobów tradycyjnych. Dzieci wprost zachwycone. Mogłabym nie wracać. Zakochałam się! Urocze miasto, do którego jeszcze nie raz wrócę, wiem to.


wrocław2016

Polecam gorąco :)

niedziela, 3 lipca 2016

Korzystając z owoców mojego ogrodu :)

Ogród rozkwitł pięknie. Wszystko rośnie aż miło. Brakuje czasu, żeby powyrywać chwasty, zebrać "plony". Ale pomiędzy burzami trzeba zajrzeć i uratować poprzewracane krzewy pomidorów, powyrywać chwasty, które dzięki deszczom i słońcu rosną w najlepsze. Wczoraj i dziś poświęciłam chwilę, żeby uporządkować nieco to moje królestwo i zebrać co tam już urosło. Truskawki- było ich w tym roku sporo- sąsiedzi obdarowani, koleżeństwo w pracy też, rodzinka zachwycona, i trochę zamrożone. Zerwałam koszyczek ostatnich truskawek, wiśnie, porzeczki i agrest. Postanowiłam zrobić kompot. Wyszedł bardzo dobry, do niedzielnego obiadu jak znalazł. Dodatkowo pomyślałam, że mogłabym zrobić placek. Lubię drożdżowy, ale akurat drożdży nie miałam, więc wyciągnęłam swój przepiśnik i zrobiłam szybciutko mój ulubiony placek na maślance z owocami i kruszonką. Smakuje i wygląda podobnie jak drożdżowy, ale moim zdaniem jest o wiele lżejszy. W domu zapachniało pysznym ciastem. Placek wyrósł niesamowicie, był bardzo puszysty, a jaki pyszny...mmmm palce lizać. Mimo tego, że staram się jeść racjonalnie, musiałam skosztować. Pycha!!!


placek placek1


Przypomniało mi się dzieciństwo. Szczęśliwe dzieciństwo, mimo iż nie mieliśmy wszystkiego. Takie były czasy. Nie wszystko można było kupić, nie mieliśmy czego dusza zapragnie. Ale najważniejsze było- RODZINA, DOM, SZCZĘŚCIE. Pamiętam jak mama gotowała kompoty, które piliśmy do przepysznych obiadów, które dla nas przygotowywała. Placki były bardzo często w naszym domu, szczególnie drożdżowy, murzynek, sernik. Chcę, żeby moje dzieci też miały takie wspomnienia. Dlatego robię im, nauczona przez moją mamę, placek z owocami i ogromną ilością kruszonki, którą tak uwielbiają. To jest bezcenne :)

piątek, 27 maja 2016

Wieczór piwny :)

Sobotni wieczór postanowiliśmy spędzić w Poznaniu w Brovarii. Mój brat zarezerwował stolik i pojechaliśmy na kolację. Nigdy wcześniej nie wychodziliśmy na kolację. Były wyjścia na piwo, do kina, ale na kolację nie. Pojechaliśmy z moim bratem i Jego żoną. Było bardzo miło i sympatycznie. Na stronie wcześniej podejrzeliśmy menu, kartę alkoholi i mniej więcej wiedzieliśmy co chcemy zjeść, wypić. Stolik na 18.00. Byłam bardzo ciekawa co to za lokal, jaki ma wystrój, jakie jedzenie, picie. Dzieci zostały z babcią w domu, a my mogliśmy spokojnie jechać. Byliśmy trochę wcześniej, mieliśmy kawałek do przejścia, więc spacerkiem, powoli doszliśmy do Starego Rynku. Weszliśmy do Restauracji. Styl rzeczywiście zrobił na mnie wrażenie. Kadzie w Restauracji, przepiękny bar, duża przestrzeń. Trochę zimno, wystrój minimalistyczny, ale wszystko zrobione ze smakiem. Oczywiście kelnerzy eleganccy- ubrani w białe koszule, czarne spodnie. Każdy miał swój rewir- do nas przyszedł młody, przystojny i sympatyczny kelner, zaproponował coś do picia. Ja wybrałam sobie koktajl Banana Bier, który zawierał piwo Brovaria pils z syropem waniliowym i sokiem bananowym- pycha!!! I cena jakoś nie powaliła- 11 złotych za taki koktajl to nie jest wcale dużo. Przyszedł czas na jedzenie, wzięłam polędwicę wieprzową z sosem borowikowym, podana z kopytkami i warzywami. Nie było złe, ale za 38 złotych miałabym 3 koktajle! Mój mąż zjadł odważnie swój ulubiony tatar-przypominał mu się jeszcze kilka dni :) Brat zamówił filet z kurczaka, a bratowa polędwiczki w szynce. Jedzenie nas nie zachwyciło, więc postanowiliśmy spróbować rodzimego browaru. No i tu się nie zawiedliśmy, przepyszne piwo, ważone na miejscu. Do wyboru pils, pszeniczne i miodowe. Wyszliśmy dobrze po 21.00 zadowoleni i uśmiechnięci. Wróciliśmy do domu, gdzie czekały na nas stęsknione dzieci :)


Było bardzo fajnie, trzeba to powtórzyć :)


b6

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Święta Bożego Narodzenia- szczęśliwy czas :)

Święta Bożego Narodzenia kojarzą mi się z radosną, przyjazną atmosferą, kiedy wszyscy są dla siebie mili. Jest to dla mnie szczególny czas. Uwielbiam przygotowania, sprzątanie, pieczenie, gotowanie, to jest to, co czyni ten czas szczególnym. To nie jest zwykłe sprzątanie, pieczenie. To przygotowania do najlepszego okresu w roku. Wigilia w tym roku u mnie w domu. 14 osób - moi rodzice, bracia z rodzinami i ja ze swoją 4-osobową rodzinką. Dwa stoły okryte białymi obrusami, świąteczna zastawa stołowa. Kolędy w TV, choinka przystrojona różnymi bombkami- lubię kiedy jest kolorowa, różna, bogata. Na mojej choince wieszamy bombki, które ja kupiłam, ale również te, które mam ze swojego rodzinnego domu i z domu mojego męża, łańcuch z kolorowych paseczków, który zrobił mój syn w przedszkolu, ozdoby robione przez moje dzieci, stare klipsy po pradziadkach ze świeczkami. To wszystko sprawia, że nasza choinka jest wyjątkowa. Około 16.00 wszyscy się zjechali, elegancko ubrani, z opłatkami i jedzeniem. O 17.00 wszyscy byliśmy już przy stole. Tata, jako najstarszy z rodu przeczytał fragment Pisma Św. o narodzeniu Jezusa, podzieliliśmy się opłatkiem, złożyliśmy sobie życzenia i siedliśmy do stołu. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie- ryby: karp smażony, dorsz, pstrąg, ryba po grecku, śledź w śmietanie z ziemniakami, kluski z makiem, kapusta grochem i grzybami, pierogi, uszka, barszcz. Później kawa i pyszne ciasta - tradycyjnie już sernik z brzoskwiniami, makowce, placek czekoladowo-pomarańczowy, winko, piwko. Oprócz jedzenia były rozmowy, śmiechy, opowieści, wspaniała rodzinna atmosfera. Po jedzeniu były prezenty. Do najmłodszych przyszedł Gwiazdor :) niestety najmłodsza pociecha już z daleka wołała, że to tata jest Gwiazdorem :) ale nasza powaga spowodowała, że chyba troszkę zwątpiła. Starszym dzieciom prezenty daliśmy bez dodatkowych atrakcji. Z uwagi na to, że starsi wolą pieniądze, wymyśliłam, że dam im kasę, ale jakoś fajnie zapakowaną. Przedstawiam kartki, które wykonała moja koleżanka. Młodzież była zachwycona. Fajnie oglądać ich radość :)


kartki Maciej kartki maciej1 kartki wika1 kartki Wika


W drugi dzień Świąt moi rodzice obchodzili 45 rocznicę Ślubu, zamówiłam u koleżanki kartkę, która również zrobiła furorę.


kartki rodzice1 kartki rodzice


Zazdroszczę wszystkim, którzy mają takie zdolności, ja niestety mam dwie lewe ręce.


POLECAM TAKIE KARTKI NA PREZENT :)

środa, 2 września 2015

Babka płesznik, zwana również babką śródziemnomorską

Babka płesznik to naturalny produkt, który wspomaga pracę układu pokarmowego. Babka ma brązowe, błyszczące ziarenka o podłużnym kształcie, które przypominają siemię lniane. W 100g nasion znajduje się aż 68g błonnika pokarmowego. Najlepiej nasionka zalać wodą, pod wpływem wilgoci pokryją się śluzem (podobnie jak siemię lniane). Roślina ta polecana jest wszystkim, którzy mają problemy z jelitami, wątrobą czy zbyt wysokim cholesterolem, pomaga też w odchudzaniu. Babka jest naturalnym środkiem na zaparcia i biegunki. Reguluje częstotliwość wypróżniania i i usprawnia procesy trawienne. Bardzo dobrze sprawdza się w diecie cukrzyków, pozwala obniżyć poziom złego cholesterolu i podwyższyć poziom dobrego. Polecana wszystkim, którzy cierpią na schorzenia układu krążenia. Napar z tej rośliny można stosować też zewnętrznie do leczenia zmian skórnych. Jest dobra do przemywania zarówno oparzeń, jak i podrażnień u osób z atopowym zapaleniem skóry. Pomaga przy chorobie wrzodowej, hemoroidach czy zespole jelita drażliwego. Babka płesznik ma zastosowanie w przypadku osób odchudzających się. Dzięki dużej zawartości błonnika, zmniejsza uczucie głodu. Nasiona pęcznieją w żołądku, co powoduje uczucie sytości, utrzymujące się przez dłuższy czas. Zamówiłam babkę płesznik w aptece, koszt to 7,40zł za 100g.


Z babki płesznik polecam chleb zmieniający życie- piękna nazwa, ale też lista składników działająca zdrowotnie:

-1 szklanka (135g) nasion słonecznika,

- 0,5 szklanki (90g) nasion lnu,

- 0,5 szklanki (65g) orzechów laskowych lub migdałów,

- 2 łyżki nasion chia,

- 4 łyżki nasion babki płesznik,

- 1 łyżeczka soli morskiej,

- 1 łyżka syropu klonowego, z agawy lub miodu,

- 2 łyżki pokrojonych suszonych brzoskwini lub garść żurawiny,

- 3 łyżki dobrego oleju rzepakowego,

- 1,5 szklani (350ml) wody

Wszystkie suche składniki wymieszać. Wodę, syrop z agawy, klonu lub miód, sól i olej wymieszać i wlać do ziaren, wyrobić dłonią lub łyżką. Odstawić na 12 godzin, aby nasiona wchłonęły wodę. Foremkę keksową wyłożyć papierem do pieczenia, piec 70 minut w piekarniku nagrzanym do 190 stopni. Kroić dopiero po wystudzeniu. Jest pyszny, pasuje do wędlin i konfitury, serka i pomidora. Pycha.


Gorąco polecam :)

Ja kupiłam taką jak na zdjęciu

Nasienie Babki Płesznik 100g

Restauracja "Nova Sytuacja" w Śremie

W ostatnią niedzielę wakacji wybraliśmy się całą rodzinką na obiad do Restauracji Nova w Śremie na ul. Poznańskiej. Potrawy z tej restauracji były przez nas już nie raz próbowane, więc wiedzieliśmy, że będzie pysznie. Przed wyjazdem ostatni rzut oka na fb, co mają na dziś w ofercie. Okazało się, że w menu daniem dnia są polędwiczki w sosie kurkowym, no i nie mieliśmy więcej pytań. Szybciutko w auto i już siedzieliśmy w pięknie urządzonej knajpce. Stare meble, bibeloty, stare lampiony, dużo różnych fajnych rzeczy. Stare radio, tabliczki z sentencjami, lustra, komody- fajny, ciepły, przytulny klimat. Dzieciaki zajadały się przepysznym, domowym rosołem i frytkami. My wzięliśmy rosół, a do tego każdy polędwiczki, ja drobiowe, mąż wieprzowe, w sosie kurkowym, ja z kluseczkami i fasolką, mąż z ziemniakami i surówką. Mmmmm, pycha! Było naprawdę pyszne. Wzięłam sobie jeszcze lemoniadę z arbuza- niebo w gębie.  Wyszliśmy zadowoleni i najedzeni. Koszt też nie był duży- za polędwiczki 24zł i 26zł, rosół 6 zł, lemoniada 8zł. Raz nie zawsze, a smak zostanie na długo i pewnie jeszcze tam wrócimy.


Gorąco polecam każdemu, kto chce posiedzieć w miłym miejscu, z pysznym jedzeniem :)


Restaurację znajdziecie na fb, na bieżąco wstawiają menu i informacje dot. nowości :)








poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Restauracja "Polka" w Śremie

Restauracja, w której byłam pierwszy raz. Samym wyglądem zaprasza, żeby wejść i spróbować czy tak, jak jest pięknie będzie równie smacznie. Nie rozczarujecie się. Jedzenie jest wyśmienite. Wszystko świeże i pyszne. Byłam tam na spotkaniu z koleżankami, które również były tam pierwszy raz, ale już wiemy, że następnym razem też odwiedzimy to miejsce. Miejsce jest bardzo fajne, nad Wartą, można usiąść sobie na zewnątrz na balkonie lub przed restauracją. Wystrój w kolorach białym i czerwonym- patriotycznie, ale w końcu nazwa zobowiązuje. W środku stoliki drewniane, obrusy w kratkę biało-czerwoną, kwiatki, lustra, poduszki. Wszystko urządzone ze smakiem. Do jedzenia dania obiadowe, przygotowywane na miejscu, świeże. Pyszne desery i domowe ciasta. Do picia są różne wody smakowe, herbaty owocowe, ze świeżej mięty oraz alkohol. Obsługa niezwykle miła i sympatyczna. Nas w restauracji zastała potężna burza, obsługa musiała szybko zbierać wszystko z zewnątrz, ale dali radę. Siedziałyśmy w środku przy świeczkach, ponieważ prąd został wyłączony, ale było bardzo sympatycznie. Wychodząc dostałyśmy od właściciela parasol, żebyśmy nie zmokły, jak będziemy w pobliżu mamy oddać.


Polecam serdecznie :)


zapraszam na stronę www.polkarestauracja.pl


można też wyszukać restaurację na fb - na bieżąco wstawiane są informacje odnośnie menu i dania dnia :)